Święto Chrztu Pańskiego (Iz 42, 1-4. 6-7) - "Nie złamie trzciny nadłamanej, nie zgasi ledwo tlącego się knotka." (Mt 3,13-17) - Chrzest Jezusa
Ciekawą sprawą jest, że w historii chrześcijaństwa do IV wieku Boże Narodzenie obchodzono razem z Chrztem Chrystusa. To był jeden i ten sam dzień. Dzień ten sam, ale odległość historyczna wydarzeń – około 30 lat. Dlaczego? Jak to możliwe? Otóż jedno i drugie wydarzenie jest epifanią, to znaczy objawieniem. W pierwszym, czyli w Bożym Narodzeniu, Bóg objawia się nielicznej garstce ludzi: pasterzom, którzy reprezentują Izrael, i mędrcom czy królom, którzy reprezentują cały świat. Gdzieś w zaciszu dokonuje się to wielkie wydarzenie. Epifania druga, to znaczy chrzest, jest inauguracją publicznej działalności Jezusa.
Ewangelie w zasadzie milczą na temat tych 30 lat milczenia Chrystusowego. W Ewangelii Łukasza pada tylko kilka lakonicznych zdań. Praktycznie nic o tym nie wiemy. To Ewangelie apokryficzne czy różnego rodzaju „dzieje Jezusa” rozpisują się na temat różnorodnych wydarzeń, które miały miejsce podczas tego tak zwanego ukrytego życia Chrystusa. Natomiast te Ewangelie, które nam Kościół podaje do wierzenia, milczą. Okrywają to wszystko tajemnicą. To nie znaczy, że nie można jej przeniknąć. Tajemnicy nie można rozwiązać, ale jak mówi Gabriel Marcel, może ona być dla nas światłem. I dzisiaj zostaje przerwany ten okres trzydziestoletniego milczenia – Chrystus objawia się nad Jordanem.
Warto przyjrzeć się tej scenie. Jest ona tak niesamowicie pełna pokory, że nawet Janowi trudno w to uwierzyć, który przecież wiedział, kim będzie Mesjasz, przypuszczał, znał Pisma. Podejrzewam, że miał jakieś wewnętrzne objawienie, ale nawet on nie może się zgodzić na pokorę Syna Bożego. Otóż jaką mamy scenerię? Nad Jordanem stoją ludzie i ciągną do Jana Chrzciciela. Ludzie, którzy chcą się przyznać do swoich grzechów. Chcą raz na zawsze przeciąć to fatum, które na nich ciąży, i zacząć od nowa. Któż z nas tego nie chce? Nieraz, jak naprawdę nas sumienie przygniecie, jak przywalą nas różnego rodzaju trudne sprawy, tak bardzo chcielibyśmy zacząć od nowa. I chrzest świętego Jana Chrzciciela polegał na tym, że On, który stał u progu czasów mesjańskich, który był takim palcem Bożym wskazującym na Jezusa, właśnie dawał ludziom taką szansę. I oto nagle w tym tłumie pojawia się Bóg, który przychodzi zbawić człowieka, stoi w kolejce z grzesznikami i też chce przyjąć chrzest. Co to znaczy? To znaczy, że On przyjmuje na swoje barki wszystko to, co my zrobiliśmy na ziemi. Wszyscy my. To całe zło. Wstępuje w tę rzekę, w której płyną ludzkie grzechy, i chce to wziąć na siebie.
Jezus dokładnie wie, że my, choćbyśmy nie wiem jak się starali, nie potrafimy zbawić samych siebie. W historii było dużo ludzi, którzy mienili się być zbawicielami, niektórzy nawet nazywali się bogami, ale wiemy, jaki był finał tej zabawy w zbawicieli. My może także czasem bawimy się w zbawiciela, ale gdzieś tam na dnie naszego serca wiemy, że jesteśmy tak bardzo bezsilni i tak bardzo potrzeba nam kogoś, kto nas wreszcie wyrwie z tego ciemnego więzienia. Z tym, że tutaj znowu pojawia się nasza ambiwalencja. Z jednej strony ciążą nam te kajdany, ale z drugiej strony nie za bardzo sobie wyobrażamy życia ludzi wolnych. Tak jakbyśmy się troszeczkę przyzwyczaili do tych naszych więzień.
Ale powróćmy do tej sceny. Sam Jan Chrzciciel jest zaskoczony tym, że Jezus, Mesjasz, Bóg, przychodzi i chce przyjąć chrzest. Po tej krótkiej wymianie zdań Jezus przekonuje go słowem: «Zrób tak, bo godzi się, żeby została wypełniona sprawiedliwość». Jaka to sprawiedliwość? Ta, która dopełni się na krzyżu, kiedy Chrystus zanurzy się w śmierci i wynurzy do zmartwychwstania. Chrzest jest dokładnie tym samym: to jest zanurzenie się w śmierci i wynurzenie do zmartwychwstania. Każdy z nas jest ochrzczony, a więc każdy z nas ma to, powiedzmy, ziarno w sobie, które powoduje, że może nieustannie zmartwychwstawać. Jeżeli tego nie mam, to nie zrobię tego własnymi siłami. To jest trochę tak jak z talentem. Jeżeli ktoś jest głuchy jak pień, to może naprawdę ćwiczyć na jakimś instrumencie czy kształcić swój głos, ale niestety nic z tego nie wyjdzie. Potrzebny mu jest talent. A talent do tego, żeby naśladować Chrystusa, każdy z nas ma w zalążku, w postaci właśnie Chrztu Świętego. Pytanie, jak dalece jestem tego świadomy i jak dalece powracam do tych ponownych, codziennych zanurzeń i wynurzeń?
A co wynika z chrztu Chrystusa? Wynika to, że ja, jeżeli chcę Go naśladować, jeżeli chcę wypełniać mój chrzest, to także muszę brać na siebie winy innych ludzi. Także muszę nieść brzemię swojego brata. Nie ma innego wyjścia. I teraz pytanie do nas: czy czasem my nie jesteśmy właśnie tacy starotestamentalni? Czy w nas nie ma czegoś takiego, że jednak „oko za oko, ząb za ząb” góruje nad miłosierdziem, nad przebaczeniem? Jezus był zupełnie inny. I On chce tej zupełnej inności nauczyć nas.
Jest takie piękne proroctwo, przeczytane dzisiaj przez ministranta. Izajasz, pięć wieków przed Chrystusem, widzi Go w wizji. Nie wiem czy figuratywnie, ale czuje, jaki On jest, i opisuje Go przy pomocy takich małych elementów. To jest ktoś tak delikatny i łagodny, który nie złamie trzciny nadłamanej, tylko ją podtrzyma; który nie dogasi tlącego się knotka. Może każdy z nas, albo nasi bliźni, są takimi trzcinami nadłamanymi.
I teraz pytanie: czy ja dokonam tego zniszczenia, czy też staram się nieść tego człowieka na swoich barkach? Może ja, a może inni wokół mnie, są takimi tlącymi się, dogasającymi kagankami, gdzie życie duchowe człowieka umiera, gdzie jestem – albo mój bliźni – obrazem nędzy i rozpaczy. Co ja robię? Czy jestem obojętny, czy też biorę to wszystko na swoje barki? Nie ma innej drogi. To jest jedyna droga, którą mogę podążać za Zbawicielem, bo moje życie jest właśnie takim pasmem obumierań i zmartwychwstań. Jeżeli tego nie będzie, tych zanurzeń w moim życiu, no to pewnie się kiedyś z Nim nie spotkam.
Nowy Rok, Uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki Maryi
(Łk 2,16-21) Maryja zachowywała wszystkie te sprawy i rozważała je w swoim sercu.
Patronem Nowego Roku jest Maryja, święta Boża Rodzicielka.
Warto by nad tym się zastanowić, dlaczego akurat Maryja jest patronką czegoś nowego. Sądzę, że warto zastanowić się nad tymi słowami z dzisiejszej Ewangelii. Święty Łukasz Ewangelista tak pisze: „Lecz Maryja zachowywała wszystkie te sprawy i rozważała je w swoim sercu”. To jest pewna wskazówka dla nas; co to znaczy „Zachowywać i rozważać sprawy w swoim sercu”? Myślę, że zanim zaczniemy zachowywać i rozważać, trzeba te sprawy zobaczyć, a my często patrzymy, a nie widzimy. Co nam przeszkadza widzieć rzeczy takimi, jakimi są, co nam przeszkadza przyjmować? Wydaje mi się, że takie instynktowne wartościowanie – cokolwiek na nas przyjdzie, cokolwiek nas zaskakuje w naszym życiu, albo zwykła chwila, zawsze przez nas jest natychmiast określana albo dobrze, albo źle. To instynktowne nazywanie dobrem albo złem niestety płynie z naszego egoizmu, bo coś nam pasuje i jest dla nas wygodne, albo wydaje nam się, że nie pasuje. Matka Boża uczy nas przyjmować, zanim zacznie się oceniać. I warto nad tym może zapanować, żebyśmy zbyt pochopnie nie oceniali. Zwróćmy uwagę na naszą przeszłość: ileż to razy niesłychaną wagę przykładaliśmy do wydarzeń, które kilka dni później zamieniały się w popiół i wiatr je rozmiatał. I w ogóle nie pamiętamy o tym. A te istotne sprawy niejako nam umknęły, a później okazuje się dopiero, jak wielką wagę one miały.
Maryja uczy nas tego, żebyśmy wszystko umieli przyjąć, rozważyć w swoim sercu i zobaczyć z perspektywy wieczności – bo to się tak naprawdę liczy. Liczy się to, co zostanie po przejściu z życia tego tutaj ziemskiego, do życia prawdziwego, kiedy będziemy oglądali Pana Boga twarzą w twarz. To nie znaczy, że to życie nasze jest nieprawdziwe – możemy je takim uczynić niewątpliwie – ale okazuje się, że z tej perspektywy rzeczy, do których przykładamy niesłychaną wagę tu na ziemi, nie mają żadnego znaczenia. Dostajemy życzenia, które na ogół oscylują wokół takich spraw jak sukces, zdrowie. Przecież każdy dokładnie wie, że to nie jest najistotniejsze. Najistotniejsze są te rzeczy, które przeniesiemy przez granice śmierci. Sukcesu nie przeniesiemy. Jedyną tak naprawdę rzeczą jest miłość, a wiec to co się liczy, to są przyjaźnie i relacje. Wszystko kiedyś zostawimy: nasze piękne domy, wspaniałe samochody, gadżety, a uniesiemy do Pana Boga tylko to, co powinniśmy kochać i co przejdzie przez tę granicę śmierci. Nie chciałbym oczywiście, żeby to napawało nas jakimś smutkiem, nie! Ale taka refleksja jest zbawienna, ponieważ uczy nas rozróżniać tu i teraz to, co jest istotne, od tego, co jest marginalne. Bo niestety, bardzo często potrafimy wybierać w sposób zupełnie odwrotny – niesłychaną wagę nadajemy rzeczą n-rzędnym, podczas gdy istotne ulatują gdzieś niepotrzebnie.
Matka Boża, która stoi na początku tego roku uczy nas, abyśmy dostrzegali, powstrzymywali się może od takiego instynktownego wartościowania i dopiero wtedy, kiedy rozważymy w swoim sercu z perspektywy tego, że jesteśmy dziećmi Bożymi, że idziemy do domu Ojca, dopiero wtedy wybierali. Wtedy te nasze wybory będą miały szansę, że zaowocują w wieczności. Mozolnie czas naszego życia destyluje się w wieczność, ale obyśmy przykładali największą wagę do tych rzeczy najistotniejszych, bo wtedy człowiek z dużym spokojem przechodzi przez życie i nie przywiązuje wagi do rzeczy ulotnych, o których jutro już nie będzie pamiętał, a potrafi wyłuskać ze swojego życia te rzeczy najistotniejsze. I niech to będą moje życzenia dla Was, zresztą sobie też je składam, abym umiał zdystansować się, umiał przyjmować wszystko to i nie oceniać pochopnie, tylko wybierać te rzeczy, które są najistotniejsze, najważniejsze. Na tym polega mądrość, którą nam chce dzisiaj wlać w nasze serca i umysły Pan Bóg.
Niedziela Świętej Rodziny
(Mt 2,13-15.19-23) - ”Uciekaj do Egiptu. (...) Herod będzie szukał Dziecka, żeby Je zabić. ”
Dzisiejsze święto, dzisiejsza uroczystość i wszystkie czytania przypominają nam, że rodzina to nie jest tylko fenomen socjologiczny czy psychologiczny, czy też biologia. Że rodzina dla wierzącego człowieka została ustanowiona przez Pana Boga. Już w Księdze Rodzaju czytamy taki tekst, Pan Bóg mówi: „...opuści mężczyzna swoją matkę i ojca i złączy się ze swoją żoną tak ściśle, że będą jednym ciałem”. Jest to wskazówka, a jednocześnie błogosławieństwo. Dzisiaj szczególnie wzruszające słowa przeczytaliśmy w Księdze Syracydesa, gdzie ewidentnie mędrzec Syracydes mówi o głębokiej łączności rodziny z nadprzyrodzonością, do tego stopnia, że mówi w ten sposób: -
„Kto czci ojca, zyskuje odpuszczenie grzechów, a kto szanuje matkę, jakby skarb gromadził”. Cały czas przenikają się te relacje naturalne i relacje Boże. I warto o tym pamiętać. Szczególnie wzruszający jest również ten tekst, gdzie Syracydes apeluje do nas, żebyśmy miłowali naszych rodziców nawet wtedy, gdy rozum stracą, gdy ulegną wypadkowi. To wszystko są głębokie relacje, właśnie nie tylko jakiejś zwykłej solidarności człowieka z człowiekiem, ale także relacje nadprzyrodzone.
No i ta rodzina, która nam zostaje dana za przykład, ta rodzina przedziwna, w której tak naprawdę nikt nie jest tym, za którego można go uważać na pierwszy rzut oka. Ojciec Józef, który tak naprawdę nie jest ojcem biologicznym, ale pewnie każdy chciałby mieć tak troskliwego ojca. Matka, która jest dziewicą, i wreszcie Dziecko, które jest Bogiem. Przedziwna relacja między tymi osobami, różne światy, które pokazują nam, że właśnie najmocniejsza więź, która łączy człowieka z człowiekiem, musi być zakorzeniona w Panu Bogu. Zawsze, jeżeli okroimy te relacje tylko i wyłącznie do ziemskiej sprawy, zawsze to będzie chore, chrome i ułomne.
Warto spojrzeć również na te czytania, które w zasadzie mówią o dwóch przykazaniach, na których ufundowana w pewnym sensie jest również cywilizacja nasza, europejska. Mianowicie: „Czcij ojca swego i matkę swoją”. I jeszcze jedno jest przykazanie, niejako w tle. Mianowicie przykazanie „nie zabijaj”, w całej szerokości. Bo zabijać można, niszcząc psychicznie drugiego człowieka, systematycznie i metodycznie. A również można zabijać w sposób brutalny, pozbawiając go nagle życia. Taka jest duża rozpiętość tego przykazania. I te wszystkie przykazania, te dwa przykazania, dotyczą szczególnie rodziny.
Zwróćmy uwagę, że w dzisiejszej Ewangelii, co przedziwne, anioł rozmawia tylko i wyłącznie z Józefem. Przychodzi do Józefa we śnie i każe mu zabrać Dziecię i uchodzić. Józef mógłby zadać to pytanie, że skoro ten Jezus, którego przybranym jest ojcem, jest Zbawicielem, to jakże Bóg potrzebuje ochrony? Ale nie zadaje tego pytania. Co więcej, później, kiedy po pobycie w Egipcie ustaje niebezpieczeństwo – a wiemy, na czym polegało to niebezpieczeństwo – Jezus od samego początku, od zarania swojego życia, był osaczony przez politykę i tak zwaną rację stanu. Mój Boże, skąd my to znamy? Polityka i racja stanu dotycząca dziecka, które się urodziło, albo dziecka nienarodzonego. Przecież wypisz, wymaluj, to nasze czasy. W tamtych czasach również ludzie nie wahali się złożyć ofiary z dzieci w Betlejem po to, żeby realizować swoje cele, realizować swoje ambicje. I okazuje się, że ta Ewangelia, napisana tak bardzo dawno temu i traktująca o wypadkach mających miejsce około dwóch tysięcy lat temu, jest jak najbardziej aktualna.
Postać ojca. Dzisiaj narzekamy na kryzys ojcostwa. Bardzo często przez prasę i przez różnego rodzaju analizy w książkach przewija się ten temat o kryzysie ojcostwa. Ale z drugiej strony, czy nie jest to jakaś obłuda? Bo tak naprawdę współczesne prawo, które przyznaje niewieście decydowanie o tym, czy dziecko ma żyć, czy nie, i odseparowuje ojca... No to czemu się dziwić, że ten ojciec nie bierze odpowiedzialności za to dziecko? Raniero Cantalamessa porównał tę sytuację z sytuacją podczas męki Pańskiej. Mianowicie Piłat umywa ręce, usiłując zwolnić się od odpowiedzialności za śmierć Jezusa, i mówi tak: „Ja nie znajduję w nim żadnej winy. Weźcie go wy i ukrzyżujcie”.
W podobnej sytuacji może być również mężczyzna, który właśnie w ten sposób zachowuje się w stosunku do swojego poczętego dziecka. Umywa ręce i mówi: „Weź go sama zabij”. Straszny obraz, ale jakże prawdziwy. I tutaj nie chodzi o to, aby kogokolwiek potępiać, dlatego, że jestem świadom złożoności tych sytuacji, które doprowadzają w rozpaczy ludzi do tego typu gestów. Ale również nie możemy ich usprawiedliwiać, nie możemy o nich zapomnieć. To cały czas powinno być przedmiotem naszego rachunku sumienia. Czy my rzeczywiście mamy czyste sumienie, jeśli chodzi o nasze rodziny, o to, co w świecie się dzieje, o to osaczone dziecko?
Jakże przedziwny wydaje się współczesny świat. Z jednej strony wzruszamy się losem dzieci, które gdzieś tam ktoś wyrzucił do kubła na śmieci, płacimy olbrzymie haracze dla porywaczy, a z drugiej strony tak zachowujemy się, jakby od poczęcia w dół była tylko i wyłącznie pustka. Przecież to nieprawda. I ta Święta Rodzina pokazuje nam, jak oni tak naprawdę byli w prawdziwie trudnej sytuacji. No bo zwróćmy uwagę, że anioł Józefowi nie tłumaczy, jak ma sobie poradzić w Egipcie. On zostawia swój warsztat pracy, zostawia wszystko, co miał, zabiera Dziecię i Matkę i ucieka. Anioł nie troszczy się o to, z czego się Józef będzie utrzymywał. To on, to on ma być strażnikiem tej rodziny.
Także widzimy, że w pewnym sensie to jest jeden wielki apel do naszych sumień: jak my traktujemy członków swojej rodziny, jak opiekujemy się dziećmi, jak opiekujemy się sobą nawzajem. Czy rzeczywiście można o nas powiedzieć tak, jak czytamy w Liście św. Pawła Apostoła do Kolosan: „Jako wybrańcy Boży, święci i umiłowani, obleczcie się w serdeczne miłosierdzie, dobroć, pokorę, cichość, cierpliwość, znosząc jedni drugich i wybaczając sobie nawzajem. Jeśliby miał kto zarzut przeciw drugiemu, jak Pan wybaczył wam, tak i wy”.
I nie łudźmy się. Wydaje nam się, że współczesny świat nie może się obejść bez rodziny, a różne futurologiczne przewidywania pokazują, jak straszny może być świat bez rodziny. Wystarczy sięgnąć do Huxleya, wystarczy sięgnąć do Orwella, żeby zobaczyć nienormalność całej sytuacji, patologię, totalitaryzm. Czy będzie to naszym udziałem, czy nie? Wszystko na razie wskazuje na to, że zobojętnieliśmy wobec tak palących i ważnych spraw, jaką jest rodzina, w której wszyscy się rozwijamy.
Święto św. Szczepana, pierwszego męczennika
(Dz 6,8-10;7,54-60), (Mt 10,17-22)
Można powiedzieć, że dzisiejsze święto pierwszego męczennika to taki lekki nietakt ze strony Kościoła. Burzy nam atmosferę rodzinnych, ciepłych, wspaniałych świąt. Na początku opis krwawej śmierci, a na dodatek jeszcze w Ewangelii słyszymy: „Miejcie się na baczności przed ludźmi, będą was wydawać sądom i w swych synagogach będą was biczować”. Na nic atmosfera, pełne dobroci pochylenie się nad drugim człowiekiem w okresie świąt, jeżeli to wszystko ma zniknąć jak dym, a tak naprawdę nie będę dawał świadectwa obecności Jezusa w moim życiu na zewnątrz, w ciągu tego zwykłego, prostego mojego dnia.
Otóż jest takie pytanie, które bardzo często się powtarza, często jest mi na przykład zadawane przez młodych ludzi podczas katechezy, które brzmi w ten sposób: „Proszę księdza, no skoro Pan Bóg przyszedł na ziemię, to dlaczego jest tyle zła?”. Każdy z nas pewnie zadawał sobie to pytanie. Otóż odpowiedź jest względnie prosta, przynajmniej w warstwie słownej. Mianowicie, że Pan Jezus nie jest naprawiaczem świata, tylko jego Zbawicielem. Naprawić to można przedmiot, ale nie człowieka. Do tego, żeby zbawić człowieka, potrzebna jest jego – człowieka – wolna wola. Jezus jest Zbawicielem, to znaczy, że przyszedł mnie wyzwolić z grzechów. I to jest zło, które ja popełniam – i od tego chce mnie Jezus wyzwolić. I zło, którego doświadczam ze strony innych ludzi – a z tego nie jest mnie w stanie wyzwolić. Wystarczy tylko popatrzeć na finał Jego życia, żeby zrozumieć, że Sam także nie uniknął śmierci.
I także jest cierpienie, które ja zadaję – i z tego chce mnie wyzwolić Jezus. I cierpienie, którego ja doświadczam ze strony innych ludzi – a z tego nie da się wyzwolić, ponieważ, jak mówiłem, Jezus nie jest naprawiaczem świata. Naprawiaczy było wielu w historii, ale ich radosna twórczość jest na ogół zapisana na ciemnych kartach tejże. Także warto o tym pamiętać, że Pan Bóg nagle nie sprawi, że ziemia stanie się rajem, i wręcz nam nigdy tego nie obiecywał, a Jego życie w sposób ewidentny o tym świadczy. On chce mnie wyzwolić z moich grzechów, chce doprowadzić do przemiany w moim konkretnie sercu. Jak mówię, zostawmy sąsiada i innych wierzących czy niewierzących na boku.
I wydaje mi się, że właśnie dlatego święto Męczennika obchodzimy w drugi dzień świąt. Żebyśmy nie ulegli złudzeniu, że Ewangelia jest piękną opowieścią, a życie biegnie swoim torem. Że nawet teologowie, jeżeli tylko i wyłącznie rozważają różnego rodzaju sytuacje i dywagują na temat Pana Jezusa, to jeszcze za mało. To musi być konkret mojego życia. To nie jest tylko i wyłącznie teoria, system przekonań czy jakiś system filozoficzny. Ewangelia jest podręcznikiem praktyki życiowej. I znowu, dzisiejsze święto nam o tym mówi. Nie psuje wcale atmosfery, tylko dopowiada. Kropkę nad „i” daje.
I teraz powracając do nas. Otóż, czy chcemy, czy nie chcemy, my dajemy świadectwo swoim życiem. Nawet jeżeli żyjemy w takim świecie, który wymyślił instytucję spin doktorów. Ludzi, którzy podpowiadają, jak się zachować, żeby zyskać poklask innych. Jaką maseczkę mam na dzisiaj założyć, żeby audytorium rzucić na kolana czy żeby większy elektorat zdobyć. Do tego posunęliśmy się.
Natomiast Ewangelia nam mówi, że prędzej czy później i tak damy świadectwo, co się dzieje w naszym wnętrzu. Można udawać człowieka kompetentnego, ale kiedyś, jeżeli takowy nie jestem, no niestety ze wstydem obnażę swoją niekompetencję. Można udawać dobrego, ale kiedyś rzeczywiście zło, które jest we mnie, wyjdzie prędzej czy później.
I teraz najgorszą rzeczą, jeśli chodzi o świadectwo, to jest taka sytuacja, kiedy ja daję świadectwo swojemu sumieniu o sobie samemu. To są wszystkie te przypadki, kiedy przekonuję samego siebie, robiąc zło, że tak naprawdę musiałem, że to jest mniejsze zło i tak dalej. W Ewangelii nie ma mniejszego zła ani większego. Jest po prostu zło albo po prostu dobro.
Oczywiście można powiedzieć, patrząc na świętego Szczepana, że: „Człowieku, przecież mogłeś iść na kompromis. Daj spokój, nie bądź takim doktrynerem”. Ale to są wszystko słowa podpowiadane nam przez ten świat. Są granice kompromisu. Są granice, do których mogę się posunąć, ustępując. Ale są takie sytuacje, w których nie mogę ustąpić nawet za cenę swojego życia. I każdy z nas dobrze o tym wie. A okrutnym świadectwem, jak może upaść człowiek, są ci wszyscy ludzie, którzy zdradzili i żyją nadal. I nie mogą pogodzić się z tą zdradą.
Także Jezus mówi nam dzisiaj, że my dajemy świadectwo. Ale żebyśmy nie dawali świadectwa swojemu sumieniu, usprawiedliwiając się, tylko abyśmy wsłuchiwali się w swoje sumienie, które o nas daje świadectwo. To jest zasadnicza różnica. Słowo „męczennik” w języku polskim wydaje mi się, że przenosi akcent tylko i wyłącznie na skutki dawania świadectwa. W języku greckim martyr, czyli męczennik, to jest po prostu świadek. Ten, który świadczy o tym, co dzieje się w jego sercu.
I teraz, jak wygląda takie świadectwo chrześcijanina dzisiaj, przesyconego Bożym Narodzeniem? Otóż może to wyglądać w ten sposób: „Panie Jezu, ja naprawdę wierzę, że podciąłeś korzenie zła, że ja mogę nie paktować ze złem w dzisiejszym świecie”. I rzeczywiście w ten sposób czynię. Oczywiście, że to się dokonuje za sprawą łaski, ale pod jednym warunkiem: że ja dam się zbawić. To zbawienie otula mnie zewsząd, ale ja mogę nie dać przystępu do swojego serca. A więc zastanówmy się dzisiaj, inspirowani postawą świętego Szczepana, jakie jest nasze świadectwo życia? Jak my dajemy w konkrecie naszego dnia świadectwo o tym, że jesteśmy chrześcijanami i że Pan Bóg zajmuje centralne miejsce w moim życiu?
Narodzenie Pańskie
(J 1,1-18) - A Słowo stało się ciałem i zamieszkało wśród nas
Muszę przyznać, że nieustannie ulegam zachwytowi nad niekonwencjonalnością Bożych działań, nad formą Jego przyjścia do człowieka, nad tym wspaniałym momentem w historii, kiedy Bóg stał się człowiekiem – kiedy, jak mówi święty Jan Apostoł, Słowo stało się ciałem. Ten dzisiejszy opis, taki bardzo suchy, mistyczny, powiedziałbym filozoficzny z Ewangelii św. Jana – który wygląda tak, jakby ktoś nagle zerwał sprzed oczu Jana zasłonę i przez moment dotknął wieczności, i próbował zwykłymi ludzkimi słowami tę wieczność w tych słowach zawrzeć – stoi niejako po drugiej stronie tego ciepłego, sentymentalnego opisu ze stajenki: Matki Bożej, Józefa, osiołka. Ale ja myślę, że te dwa opisy są komplementarne. One się nawzajem dopełniają i uzupełniają. A kluczem chyba jest to, co mówi święty Jan, że Słowo stało się ciałem.
Ten odwieczny Logos, odwieczne Słowo, czyli Syn Boży, przez który świat i wszystko zostało stworzone, nagle w pewnym momencie historii przyjmuje postać człowieka. Tylko Bóg mógł wymyślić takie szaleństwo. I ja myślę, że warto w dzisiejszym dniu przeniknąć, co Pan Bóg tak naprawdę chce nam powiedzieć. Bo nie obchodzimy narodzin jakiegoś wielkiego myśliciela czy wielkiego człowieka, który zmienił bieg ludzkości. Obchodzimy narodziny Sensu wszechświata, a jednocześnie sensu naszego życia. Tego sensu w skali makro i mikro. W skali wszechświata, ale też w skali naszego zwykłego, prostego, codziennego życia. A kim zechciał być Sens świata? Zechciał być dzieckiem. A dziecko jest bezradnością. To jest ktoś, kto potrzebuje schronienia.
I dzieją się dziwne rzeczy, kiedy ja zaczynam rozumieć taką sytuację. No bo jeżeli widzimy małe dziecko, które bezradnie leży w kołysce, to każdy człowiek, nawet najbardziej twardy mężczyzna, potrafi się wzruszyć bezradnością tego stworzenia. I trochę tak jest w naszym życiu. Jeżeli wzruszymy się bezradnością drugiego człowieka, także swoją bezradnością, będziemy dawali schronienie Panu Bogu właśnie w tej bezradnej Dziecinie, to po chwili okazuje się, że to nie my dajemy Mu schronienie, tylko On nam. Przedziwna sprawa, że w momencie, kiedy uruchamiam swoje serce, kiedy współdziała, współgra ono z rozumem, to wtedy otwieram się na Boże Narodzenie w swoim sercu.
Na jednym z rysunków Goi jest taki napis: „Gdy rozum śpi, budzą się potwory”. Ja bym powiedział, że gdy rozum, tylko rozum czuwa, bez serca, wtedy dopiero budzą się potwory, stokroć gorsze niż w tej poprzedniej sytuacji. I wydaje mi się, że te dwa opisy Bożego Narodzenia – ten jeden, taki bardzo sentymentalny, ciepły, który kojarzy nam się z wigiliami w domu rodzinnym, i ten drugi, dzisiejszy, kiedy bardzo na serio święty Jan mówi, że to Sens świata przyjął postać człowieka – są komplementarne i uzupełniają się w naszym życiu. I mówią nam ni mniej, ni więcej, tylko, że słowo jest niezmiernie ważne. Pan Bóg stwarza Słowem, ale każdy z nas ma udział w tym stwarzaniu.
I jeżeli nasze czyny, nasze życie nasycamy Słowem Bożym, to nadajemy mu sens. Jeżeli natomiast tylko nasycamy tym naszym sensem, który usiłujemy sklecić z różnego rodzaju światopoglądów, to niestety wszystko nam się rozsypuje w rękach jak piasek. I my możemy stwarzać także słowo. Stwarzać albo atmosferę pełną ciepła, dobroci, wybaczenia, kiedy to wybaczamy innym ludziom, ale i sami pozwalamy, żeby inni nam wybaczyli, a równocześnie... możemy tylko i wyłącznie operować tym słowem, które pochodzi z głębi naszego egoizmu. I wtedy będziemy wprowadzali podziały, będziemy wprowadzali rozłamy, będziemy wprowadzali niepokój i wojnę w tym świecie.
Co wybierzemy? Czy potrafimy otworzyć się tam na tę bezradność Dziecka i przyjąć Go, i po chwili zobaczyć, że to my jesteśmy przyjmowani? Czy wszystko po prostu oceniamy z punktu widzenia naszego egoizmu, naszego rozumu?
Warto by się nad tym wszystkim zastanowić, żeby te święta nie były tylko takim momentem idyllicznego przeżycia przy stole, ale żebyśmy nieśli Boże Narodzenie w każdy dzień, w każdą chwilę naszego życia. I niech to będą nasze życzenia dla Was wszystkich: żeby Słowo, narodziny Sensu, były także narodzinami sensu w moim sercu, w moim życiu, w konkretnych moich, tych codziennych, ludzkich, banalnych działaniach.
IV niedziela Adwentu
(Iz 7,10-14), (Mt 1,18-24) - Narodzenie Jezusa
W tę ostatnią niedzielę przed Bożym Narodzeniem cichnie głos Jana Chrzciciela, nikt już nas nie nawołuje do nawrócenia i wpadamy w studnię milczenia – wchodzimy w trudną sytuację świętego Józefa i Matki Bożej.
Zanim pochylimy się nad tą Ewangelią dwa słowa na temat proroctwa z Izajasza. Rzecz dzieje się w 734 roku przed Chrystusem ,a wiec prawie trzy tysiące lat temu. Królestwo Judzkie i jego król Achaz jest w wielkim niebezpieczeństwie: z dwóch stron zagrażają mu dwa narody. Izajasz mówi, żeby prosił Pana Boga o wyjście z tej sytuacji, lecz Achaz ma inne plany: chce poprosić o interwencję Asyrię. Asyrię, która niestety wprowadzi bożki do krainy Izraela i zwasalizuje ten kraj. To jest pomysł wypędzania Lucyfera Belzebubem. Każdy z nas jest wodzony na pokuszenie, żeby tego typu rzeczy czynić w momencie kiedy stajemy wobec sytuacji bez wyjścia. Jeżeli się rozejrzymy po tym świecie, to bardzo często ludzie z pierwszych stron gazet rozwiązują w ten sposób swoje sprawy.
Józef był zwykłym człowiekiem, cieślą, który zakochał się w Maryi. I pewnie jak każdy człowiek snuł plany, jak będzie wyglądało dalsze ich życie i w pewnym momencie, kiedy już byli po słowie dowiaduje się, że kobieta jego życia jest w stanie błogosławionym. A ponieważ był człowiekiem prawym, nie chce rozgłosu, nie chce zniesławiać, to po prostu zamierza usunąć się w cień. Jaki dramat i jaką tragedię musiał przeżywać ten człowiek!
To jest przedziwna postać. Ewangelia notuje różnego rodzaju stwierdzenia rożnych ludzi, nieraz marginalnych postaci, natomiast nie notuje żadnego słowa Józefa. Tam nie ma żadnej skargi. Józef nie idzie do przydrożnych barów i nie zwierza się barmanowi z jego tragedii, tylko w milczeniu usiłuje rozwiązać tę sprawę. Podejmuje decyzję i wtedy ma sen, gdzie Pan Bóg wyraźnie mówi mu przez anioła, żeby jednak wziął Maryję do siebie. Nie dość, że nie udał mu się plan usunięcia się z drogi, to jeszcze ktoś wymaga od niego takiego heroizmu. To są sytuacje, kiedy człowiek sobie własnymi pomysłami nigdy nie poradzi – tutaj trzeba Pana Boga. A jak my rozwiązujemy takie sprawy? Bardzo często tak jak Achaz – jednego diabła usiłujemy wypędzić drugim. Przypominają mi się strony z kolorowych czasopism, kiedy to ludzie o znanych nazwiskach chwalą się swoją nową miłością i żałośnie żebrają od innych akceptacji. Porzucili jednego człowieka, angażują się w życie drugiego i opowiadają jak to pięknie. My to wszystko czytamy, przyjmujemy za dobrą monetę i to jest takie wypędzanie jednego diabła drugim.
Jeżeli chcemy podążać drogą prawości, to zawsze dojdziemy do takiej sytuacji, która - po ludzku rzecz biorąc - będzie nierozwiązywalna. Wtedy pojawią się na naszej drodze ludzie, którzy powiedzą: „Słuchaj, jesteś tylko człowiekiem, zrób ukłon w kierunku bożków, okłam, wywiń się z tej sytuacji, spraw, żeby poszło ci życie łatwo, musisz się jakoś ustawić, zobacz na innych, to wielcy tego świata tak robią... a ty, malutki człowiek, który nic nie znaczy? Przecież to tak naprawdę niewiele, a możesz rozwiązać swoje sprawy!”
A dzisiejsza Ewangelia mówi: NIE! Trzeba naprawdę wielkiej wierności Panu Bogu, trzeba żeby nasze życie w takich trudnych sytuacjach zostało doprowadzone do tego punktu, kiedy nie ma wyjścia - i nie będziemy się nikomu skarżyli, bo nikt z ludzi nie jest w stanie wymyślić żadnego pomysłu, który by zażegnał tę sytuację – tylko wytrzymując przed Panem Bogiem czekamy na Jego interwencję. Myślę, że warto wziąć sobie za przewodnika na takiej drodze świętego Józefa i Maryję. Oni przeżywali swoją tragedię w cichy, spokojny sposób, w milczeniu przed Panem Bogiem. I okazało się, że Pan Bóg ZAWSZE znajdzie jakieś sposoby wyjścia, Zawsze przed nami – o ile jesteśmy wierni, o ile pazurami trzymamy się Ewangelii, o ile chcemy przejść przez to życie w sposób prawy i dobry – zawsze się znajdzie ROZWIĄZANIE NIEKONWENCJONALNE. Wszak Pan Bóg jest Panem Wszechświata i On potrafi wskazać ścieżki – ale jedna zasadnicza rzecz: żebyśmy się zdobyli na odwagę tego głębokiego milczenia wobec naszego dramatu. Wszyscy gramy w Jego dramacie, a On wie, jakie będzie zakończenie. Obyśmy wszyscy byli wierni, obyśmy weszli w to Boże Narodzenie i przyjęli Chrystusa do swojego serca w wierności, miłości i oddaniu tym wielkim sprawom.
III niedziela Adwentu (Mt 11,2-11) „Czy Ty jesteś Tym, który ma przyjść, czy też innego mamy oczekiwać?”
„Czy Ty jesteś tym, który ma przyjść, czy też innego mamy oczekiwać?” - to pytanie zadane Jezusowi przez św. Jana Chrzciciela. Jan Chrzciciel jest w więzieniu. Są różnego rodzaju hipotezy na temat, dlaczego akurat tak zapytał. Jan w więzieniu czeka na wyrok, mówił prawdę i doczekał się zemsty Herodiady, ponieważ upominał Heroda, aby oddalił tę kobietę, ponieważ był żoną jego brata. Znamy tę historię: okazja nadarzyła się kiedy Salome, córka Herodiady, tańczyła i spodobała się Herodowi, a ten nieopatrznie obiecał dziewczynie nawet połowę królestwa. Szybko skonsultowała się z matką i okazało się, że Herodiada niewiele pragnie - tylko głowy Jana Chrzciciela na misie. Herod lubił Jana pomimo tego, że ten mówił mu prawdę, ale nie mógł się wycofać ze swojego słowa.
Warto by przy tej okazji mówienia prawdy – szczególnie dla tych, którzy szczycą się, że potrafią ową prawdę „wyrąbać” w oczy – zastanowić się, czy mówimy ją dlatego, że służymy prawdzie, czy prawda służy nam. Jeżeli ja mówię prawdę, żeby uchodzić za kontestatora, to finałem i konsekwencją tego typu sytuacji jest taki totalnie samotny wieczny kontestator. Natomiast, jeżeli służymy prawdzie, ona może nam przynieść samotność, ona może nam przynieść wyrok śmierci, ale nigdy nie będzie to samotność bez Pana Boga.
Jak mówiłem, są dwie hipotezy na temat dlaczego Jan Chrzciciel zadał to pytanie. Przecież znał Jana, ochrzcił go, rozmawiali pewnie dużo na ten temat, a mimo wszystko z więzienia poprzez swoich uczniów zadaje takie pytanie: - „Czy Ty jesteś tym, który ma przyjść, czy też innego mamy oczekiwać?”
Pierwsza z tych hipotez mówi, że była to pedagogika Janowa. Mianowicie, wiemy, że Jan gromadził wokół siebie mnóstwo uczniów i chciał tych uczniów- ponieważ miał świadomość, że życie jego się kończy – skierować do Chrystusa. Druga hipoteza jest taka, że Jan przeżywał wątpliwości. Pamiętamy jego głoszenie, mówił, że siekiera do korzeni drzew jest już przyłożona, a wiec oczekiwał nagłego przyjścia Pana Boga, który wreszcie uporządkuje ten świat. Donoszą mu w więzieniu, że nic takiego się nie dzieje, że Jezus owszem naucza i uzdrawia, ale nagle nie prostuje wszystkich ścieżek. I Jan przeżywa w związku z tym wątpliwości, przeżywa można by powiedzieć pewną depresję. Pyta poprzez swoich uczniów i otrzymuje odpowiedź.
Niezależnie na której z tych hipotez się skoncentrujemy, jedno warto zaznaczyć: ten człowiek oczekuje śmierci, a zobaczmy, co go ożywia. Ożywia go jedna idea - czy wypełnił swoją misję, czy to był naprawdę Ten, którego oczekiwał? Wydaje mi się, że warto dać się zainspirować tą postacią i zapytać samych siebie: - Wokół czego, wokół jakiej idei ogniskuje się moje życie? Jeżeli nie ma żadnej idei przewodniej, jeżeli nie ma żadnej fascynacji, wtedy utopię swoje życie w małych, banalnych sprawach, co nie znaczy, że one są nieważne – są ważne, ale one mnie pożrą, one nie zostawią ze mnie nic. Natomiast, jeżeli moje życie jest ożywione przez wielką ideę – przez głęboką wiarę w Pana Boga – to nawet w takiej sytuacji jak bezpośrednie zagrożenie śmiercią, ja będę przede wszystkim myślał o tym, czy wypełniłem swoje powołanie. To jest coś, co w radykalny sposób porządkuje moje życie, powoduje, że niezależnie jakie okoliczności na mnie przyjdą, ja nie będę się przejmował peryferyjnymi rzeczami, tylko motorem mojego życia będą te istotne sprawy. Warto się zapytać, czy ja się rozmieniam na drobne, czy też moim życiem rzeczywiście kieruje ważna idea. Czy służę prawdzie, czy prawda służy mnie?
II niedziela Adwentu
(Iz 11,1-10) Cielę i lew paść się będą społem i mały chłopiec będzie je poganiał.
(Mt 3,1-12) Głos wołającego na pustyni
Adwent jest takim momentem, kiedy ja powinienem w swoim sercu szukać głosu najistotniejszego, dlatego, że nasze życie upływa pośród głosów, które są często marginalne, zupełnie błahe, a często idiotyczne i które tak bardzo zaludniają naszą głowę i serce. Święty Jan Chrzciciel może być przykładem. To był człowiek, który żył na pustyni. Jak można zbudować dom w takich warunkach? Widocznie musiał mieć bardzo mocny ten dom wewnętrzny, a jego domem wewnętrznym było Słowo Boże. On tylko użyczał brzmienia swojego głosu. Na jego życiu zaważyło to spotkanie, kiedy Matka Boska spotkała się z Elżbietą i święty Jan spotkał się ze swoim Zbawicielem Jezusem Chrystusem – obydwaj byli w łonach swych matek. I z nami jest podobnie.
W momencie chrztu – jak mówi dzisiaj święty Jan – zostaliśmy ochrzczeni Duchem Świętym i ogniem. Czasem nasze życie wygląda jakbyśmy ochrzczeni byli nie ogniem, tylko popiołem: słuchamy głosów, które nas mamią, które mówią, że musimy zasłużyć na miłość, że musimy udowodnić jacy wielcy jesteśmy, że musimy pokazać całemu światu kim jesteśmy, ilu mamy za sobą ludzi albo ile gadżetów, którymi można imponować. Tymczasem Jan nam pokazuje inną drogę, że najistotniejszym głosem jest głos Pana Boga, a Pan Bóg rozbrzmiewa po cichu w naszych wnętrzach.
Adwent jest takim momentem, kiedy powinienem usunąć na bok te wszystkie głosy, które zagłuszają głos Boga i wsłuchać się w niego. A dlaczego tak jest? Ponieważ dopiero w tym momencie, kiedy go usłyszę – a głos ten brzmi: „Ty jesteś moim synem umiłowanym” i to jest dokładnie ten sam głos, który usłyszał Jezus podczas chrztu – gdy ja go usłyszę, to ja naprawdę nie muszę nikomu nic udowadniać! I wtedy się dzieją rzeczy przedziwne, o których mówi św. Paweł Apostoł – żebyśmy przygarniali siebie nawzajem: „Przygarniajcie siebie nawzajem, bo i Chrystus przygarnął was”. Wtedy już nie ma przeszkód, nawet człowiek oschły, taki którego nikt nie potrafi przygarniać ze względu na to, że jest tak niesympatyczny, niemiły i może nawet chamski – to będzie dla mnie „bułka z masłem” żeby go przygarnąć, ponieważ nie muszę mu nic udowadniać. Wiem, że jestem synem umiłowanym.
W Księdze Izajasza jest bardzo piękny i jednocześnie z pewną dozą humoru obrazek, gdzie cielę i lew paść się będą społem, a mały chłopiec będzie je poganiał. Ja stanę się takim małym chłopcem – ale nie w sensie zdziecinnienia czy infantylizmu – tylko będę tak ufał Panu Bogu, jak małe dziecko ufa swoim rodzicom.
Zobaczmy, że my bardzo często reagujemy agresją, chcemy udowodnić innym kim jesteśmy i stąd się biorą wszelkiego rodzaju nieporozumienia. Czy ja potrafię przygarniać drugiego człowieka? Otóż, jeżeli będę się wsłuchiwał w ten głos , który we mnie rozbrzmiewa: „Ty jesteś synem umiłowanym”, to będzie mój dom, tam będę mieszkał. Nie będę musiał być ani silny, ani nie będę musiał być prorokiem, ani mesjaszem – tym nie jestem. I nie będę miał złudzeń, że mogę zbawić drugiego człowieka. Po prostu będę mu głosił to, co chce każdemu z nas powiedzieć Pan Jezus i do każdego dzisiaj mówi: Ty jesteś moim synem umiłowanym”.
Myślę, że warto spędzić ten Adwent na poszukiwaniu tego głosu. Wtedy dopiero będzie w człowieku głęboki pokój, wtedy będę mógł podać rękę komuś, kto naprawdę mi robi na złość, kto chce mi udowodnić, że jest wielki i chce mnie przytłoczyć i zniszczyć. Będę umiał do niego podejść dopiero w momencie, kiedy będę mieszkał wewnątrz samego siebie, kiedy będę mieszkał w tym domu, w którym rozbrzmiewają słowa: Ty jesteś moim dzieckiem umiłowanym. Wtedy nikomu nic nie będę musiał udowadniać.
I niedziela Adwentu
(Mt 24,37-44)
"Jedli i pili, żenili się i za mąż wydawali aż do dnia, kiedy Noe wszedł do arki"
Kościół wprowadza nas w czas Adwentu przy pomocy trzech czytań, z których każde niesie w sobie nośną metaforę. W proroctwie Izajasza mamy metaforę wstępowania na górę. Adwent, intensywne oczekiwanie na przyjście Pana Jezusa jest wstępowaniem na górę. Jeśli ktoś kiedyś był w górach i wszedł na jakiś szczyt, to wie, jaki się rozciąga widok: miasteczka u podnóża są jak główki szpilek. Cienkie nitki dróg. Wszystko nabiera znamienia półistnienia, do wszystkiego mamy dystans. Później, gdy zejdziemy na dół i znowu zanurzymy się w życie, w jakiś sposób tęsknimy za tym widokiem, za tym dystansem, za tym oderwaniem. I to jest metafora życia ludzkiego – nieustanne wchodzenie na górę. Wchodzenie na górę i te perspektywy, które się roztaczają przed naszymi oczyma, jeśli to jest góra Pana Boga, powodują bardzo ciekawe rzeczy: mianowicie Pan Bóg staje się rozjemcą w wojnie, którą ja toczę z samym sobą, a co za tym idzie, również i z drugim człowiekiem. Co więcej, powoduje, że śmiercionośne narzędzia, które noszę w swoich rękach, a skierowane są do mojego serca i serca drugiego człowieka, stają się narzędziami przynoszącymi życie. „Miecze przekują na lemiesze, włócznie na sierpy”. To wszystko będzie się działo o tyle, o ile ja w ciągu swojego życia będę wstępował na górę Pana. Będę nabierał dystansu do spraw codziennych – co nie znaczy wcale, że one nie są ważne, ale mają w sobie taką tajemniczą moc, że gdy pogrążę się tylko w nich, zamykają mnie. Zamykają mnie w tym świecie, który jak się okazuje, pozostaje bez nadziei.
Nie da się utkać sensu życia ze spraw tego świata. Można by nawet zaryzykować stwierdzenie, że synteza życia ludzkiego nie pochodzi z Ziemi. Ona pochodzi z Nieba od Boga. I to jak intensywnie na Niego oczekuję, to nadaje sens wszystkim poszczególnym małym sprawom w moim życiu, Jeżeli nie ma we mnie tego oczekiwania, to wszystko staje się miałkie i bez znaczenia.
Zawsze na coś czekamy. Dziecko czeka na to, żeby być młodym człowiekiem, młody człowiek czeka na to, żeby być dorosłym i odnieść pierwszy, drugi i trzeci sukces. Ale w końcu, kiedy nasycimy się życiem i albo ono będzie pełne sukcesów, albo będzie pełne porażek – niezależnie od tego jakie będzie – stwierdzamy, że nasze nadzieje były zbyt małe, że nic nie jest w stanie wypełnić pustki naszego serca, że pokładaliśmy nadzieje w rzeczach, które z racji tego, że są tylko rzeczami, nie potrafią przynieść nam sensu. I bardzo często człowiek ocknie się w środku swojego życia i widzi, że to wszystko nie ma sensu. To nie znaczy, że stracił ten czas – to znaczy, że warto zacząć nowe wspinanie się na górę Pana Boga.
Święty Paweł z kolei daje nam inną metaforę – metaforę snu. Tak też czasem wygląda nasze życie, że żyjemy jak w letargu, przechodzimy od jednej czynności do drugiej i jakby wszystko znowu nie miało sensu, było miałkie i naznaczone jest takim automatyzmem dnia codziennego. I coraz rzadziej dostrzegamy sens.
I wreszcie Jezus, który nam daje przykład Noego. To bardzo ciekawa postać, przy czym warto zaznaczyć, że gdy w Księdze Rodzaju jest mowa o Noe, to Pan Bóg mówi, że mieszkańcy ziemi popełniali wielkie nieprawości, tylko Noe był człowiekiem sprawiedliwym. Natomiast Jezus w ogóle o tym nie mówi, jakby nie kładł nacisku na grzech. Mówi, że: „jedli, pili, za mąż wychodzili” czyli normalne ludzkie życie. I ani się spostrzegli, gdy przyszedł potop. Chrystusowi chodzi właśnie o to zamykanie się nasze w ramach dnia codziennego, które powoduje całkowite odcięcie tego sensu, który może przyjść tylko z wysoka.
Tradycja hagadyczna mówi, że Noe budował swoją arkę 120 lat, usprawiedliwiając się przed Panem Bogiem, że najpierw musi zasadzić cedry, z których zrobi tą łódź. Wyobraźmy sobie tą sytuację: Noe pewnie żył w jakiejś wspólnocie i nagle jego sąsiedzi widzą, że robi coś dziwnego: ściąga drzewo na swoje podwórko, coraz więcej jest tego drzewa i wszyscy sobie zadają pytanie. Noe pewnie prowadził również normalne życie, utrzymywał swoją rodzinę, pracował, ale cały czas coś budował. Sąsiedzi jeszcze nie wiedzą co. To był kraj pustynny i nagle ku ich zdumieniu okazuje się, że ten człowiek stawia łódź na pustyni. Jego przyjaciele być może przychodzą do niego pytając, co robi, a on odpowiada, że Pan Bóg mu kazał - co jeszcze bardziej utwierdza ich w przekonaniu, że po prostu stary Noe zwariował. Czy nie jest tak, że bardzo często osądzamy w ten sposób ludzi, którzy są do bólu uczciwi, którzy starają się godnie przejść przez to życie, że ten świat wymaga innych reguł – wymaga twardych łokci, wymaga rozpychania się, wymaga układów? I pukamy się w głowę, że jest ktoś jeszcze taki, kto pielęgnuje tego typu wartości.
Nadszedł czas, kiedy Noe zatrzasnął drzwi za sobą i odpłynął, a wszyscy inni się potopili. To jest obraz, który zawsze działa na moją wyobraźnię. I zawsze mi zadaje pytania: czy ja buduję arkę? Codziennie, mozolnie, niezależnie od tego, czy ktoś się puka w głowę, czy też nie. Jakby dystansuję się, bo każde drzewo, które Noe ściągał na swoje podwórko, każdy cios siekiery, którym ociosywał te drwa, był jakimś tworzeniem dystansu między otaczającym światem, który już na nic nie oczekiwał, a jego światem, światem budowania nadziei.
Jak jest z naszym życiem, czy przejmujemy się tak bardzo regułami tego świata, że wcielamy je w życie nie bacząc na to, że sens od nich nie może przyjść? Warto zapamiętać sobie ten Jezusowy przykład i pamiętać o tym, że nie możemy zasklepiać się tylko i wyłącznie w dążeniach tego świata – one są ważne, one są istotne, żeby podtrzymać i pielęgnować nasze życie. Ale sensu z nich nie uzyskamy.
Uroczystość Jezusa Chrystusa Króla Wszechświata
(Łk 23,35-43) Dobry i zły łotr.
/fragm./
Zdumiewający kontrast między czytaniem z Listu św. Pawła do Kolosan, i Ewangelią. Z jednej strony Bóg - Stwórca światów ducha i materii, Geometra planet, a z drugiej strony okrutna kaźń trzech ludzi, Jezusa i dwóch łotrów. Niesamowity kontrast w kontekście święta Jezusa Chrystusa Króla Wszechświata. Widocznie Ewangelia chce nam przekazać pewien aspekt tego Królestwa, który kłóci się z naszym wyobrażeniem. My tego aspektu nie chcemy dostrzec. A propos dostrzegania - „Lud stał i patrzył” ; były setki ludzi, którzy widzieli to, co się działo. Stali i patrzyli, ale tak naprawdę nic nie zobaczyli. Jeden jedyny człowiek zobaczył to, co trzeba. Ewangelista nawet nie zapamiętał jego imienia, tylko określa go mianem dobrego łotra. Święty Augustyn napisał taki przejmujący passus, gdzie pyta dobrego łotra: - Jak to się stało, że w kontekście jego życia, którym zasłużył sobie na taką straszną śmierć, rozpoznał w drugim człowieku ukrzyżowanym obok niego, zbroczonym krwią i z koroną cierniową ... Króla Wszechświata? Jakim wzrokiem dysponował, jak to się stało?
Warto o to zapytać w kontekście tego, że my unikamy takich sytuacji. Dobrze jest dziękować Panu Bogu, kiedy wszystko idzie wspaniale, kiedy świat i życie się do nas uśmiecha, kiedy jesteśmy otoczeni gronem przyjaciół, natomiast strasznie trudno dziękować w momencie, kiedy umieramy na łóżku szpitalnym. Ja nie wiem jak to jest – nie umierałem na łóżku szpitalnym, ale tak wnioskuję po tych ludziach, którym starałem się towarzyszyć. Jak dostrzec w takich sytuacjach, kiedy wszyscy tylko stoją i patrzą, Króla Wszechświata w ukrzyżowanym Jezusie?
Jest to niezmiernie ważne pytanie, szczególnie w takich sytuacjach, w które jesteśmy niejako wrzuceni, bez naszej woli, kiedy osacza nagle nasze życie, ściąga w dół, kiedy otaczają nas wyłącznie ciemności i człowiek chce krzyczeć. Jak w tym momencie rozpoznać twarz Pana Jezusa? Jak rozpoznać Królestwo Boże w momencie, kiedy życie zdaje się nas osaczać i jesteśmy w sytuacji bez wyjścia? I to niezależnie, czy sami doprowadziliśmy do tej sytuacji (jak dobry łotr) czy też zostaliśmy w nią wrzuceni, a jesteśmy względnie niewinni. To jest aspekt Królestwa Boga, myślę, że bardzo bliski życiu i bardzo życiowy.
Nieraz staniemy, a może już stanęliśmy, wobec takiej sytuacji, kiedy pozostaje nam tylko skupiona uwaga, która w nieszczęściu pozwala odcyfrować za tym nieszczęściem twarz Jezusa Chrystusa.
To jest niezmiernie ważna umiejętność wnikania niejako pod podszewkę wydarzeń, które nas otaczają, bo tam jest zbawienie, tam jest Królestwo, tam jest obecny Pan Jezus. To jest trudny aspekt dzisiejszego święta, ale wydaje mi się, że każdy z nas powinien się z nim zmierzyć.
Pierwszym człowiekiem, który został zbawiony był nie kto inny, tylko dobry łotr. Może właśnie tropienie swoich słabości jest jakąś drogą do Pana Boga, jest szukaniem Jego Królestwa. Zobaczenie w mgnieniu oka swojej nieprawości i jednocześnie wielkiej łaski, która mnie może spotkać od Ukrzyżowanego.
XXXIII niedziela zwykła
(Łk 21,5-19) ”Przyjdzie czas, kiedy z tego, na co patrzycie,
nie zostanie kamień na kamieniu, który by nie był zwalony”.
Dzisiejsze czytania nie rozpieszczają nas zbytnio. Gdy wnikniemy w Ewangelię, okazuje się, że żadne słowo Jezusa nas nie rozpieszcza, wręcz usiłuje zburzyć te wszystkie iluzje, które hodujemy w sobie. Dzisiejsze czytania zaczynają się od opisu końca świata. W Księdze Malachiasza mamy gotową odpowiedź na nasze dylematy, czy Pan Bóg potępia człowieka. Widzimy zestawione ze sobą dwie rzeczy: Sąd, który dla niektórych jest odrzuceniem (ale tak naprawdę oni sami siebie odrzucili), a inni go nazywają sprawiedliwością.
Podobne rzeczy dzieją się tu, już na ziemi. Egzamin dla ucznia, który nie jest przygotowany, jest przekleństwem, a dla ucznia przygotowanego tylko zaświadcza, że jest w czymś dobry. Prawo karne dla kogoś, kto przestrzega prawa, jest czymś co chroni, a dla przestępcy będzie przekleństwem. Dokładnie tak samo jest z sądem Pana Boga. To my siebie odrzucamy, a nie On nas. Zbawienie Jego jest powszechne, otula nas zewsząd - to my bardzo często się odgradzamy.
Skupmy się na dzisiejszej Ewangelii, zaczyna się ona od rozmowy Jezusa z ludźmi, którzy chwalą świątynię, podziwiają ją i pokładają nadzieję. Ażeby zorientować się o co chodzi, trzeba pamiętać, że Żydzi mieli jedną jedyną świątynię. W niej lokowali wszystkie swoje nadzieje, tam przebywał jedyny prawdziwy Bóg. I te słowa Jezusa, że przyjdzie czas, że kamień na kamieniu z niej nie zostanie, są słowami obrazoburczymi. To jest prowokacja – uderzenie w samo serce wiary pobożnego Żyda. Można stwierdzić ironicznie, że Jezus nie jest konserwatorem zabytków, że nie zależy Mu na tym.
Niestety, w naszym życiu każdy z nas jest takim konserwatorem zabytków. Chcemy zatrzymać pewne chwile w naszym życiu, chcemy powrócić do dzieciństwa. A tymczasem to są wszystko nasze iluzje, sami je produkujemy, wokół nas wszystko krzyczy, że przemija. Nie da się zatrzymać rzeczy, można tylko i wyłącznie podążać za Chrystusem i ocalać to, co jest najistotniejsze. A my bardzo często produkujemy iluzje i bardzo jesteśmy zrozpaczeni, kiedy życie w okrutny sposób je weryfikuje. I oczywiście, przerzucamy je na życie. Dokładnie tak samo, jak uczeń oskarża nauczyciela, oskarża test, który rozwiązuje, że jest nierozwiązywalny, bo stworzył sobie iluzję. I my bardzo często robimy to w życiu.
Najbardziej człowiek cierpi wtedy, kiedy rozlatują się jego iluzje, coś co budował latami, a okazało się, że to jest słoma, która została spalona przez płomień życia. Życiowe tsunami zmiotło z powierzchni ziemi te nasze iluzje.
Chrystus usiłuje nas zachęcić do tego, abyśmy nie budowali iluzji, tylko budowali na Prawdzie i nie lękali się, że przyjdą takie, a nie inne czasy. Abyśmy nie szli za tymi, którzy w dzisiejszym świecie mienią się być „zbawicielami”. Wokół nas jest mnóstwo „zbawicieli”, począwszy od tych, którzy chcą nas zbawić od nadwagi, a skończywszy na tych, którzy chcą nas wybawić od naszego życia w momencie, kiedy staje się ono nie do zniesienia i mówią o tak zwanej „godnej śmierci”, eutanazji. To są „zbawiciele”, którzy obiecują iluzje i potem nic dziwnego, że człowiek stoi zrozpaczony na ruinach swojego życia. Jedyną rzeczą jest zaufanie do Pana Boga. To jest godne i przynosi owoce.
Niestety, jeżeli ja pokładam nadzieję w rzeczach, w drugim człowieku, to jest trochę tak jak w psalmie czterdziestym dziewiątym - bardzo mocne słowa: „człowiek żyjący bezmyślnie w dostatku jest równy bydlętom, które giną”. Bardzo mocne słowa, ale Biblia nigdy nas nie rozpieszcza. Dlaczego? Dlatego, żebym przylgnął do życia prawdziwego, a nie iluzorycznego. I wtedy dopiero ja naprawdę mogę poczuć się bezpiecznie wśród zawieruch tego świata. Jeżeli ja będę blisko Pana Boga, to niestraszny mi będzie żaden sąd, żaden trybunał, nie będę musiał nawet obmyślać swojej linii obrony, ponieważ prawda broni się sama. Warto przypomnieć sobie proces Jezusa, Chrystus rozmawiał podczas tego procesu, gdy ludzie zadawali Mu pytania na serio. W momencie, kiedy podważali istotne wartości, przestał do nich mówić. Przestał rozmawiać z Piłatem, gdy ten powiedział: -”Cóż to jest prawda?”, czyli wątpił, że w ogóle coś takiego, jak prawda, istnieje.
Niczego nie zdołamy ochronić, a jeżeli będziemy się przywiązywali do różnych rzeczy, nawet przywiązywali do ludzi, do tych, których kochamy, ale w taki sposób, że będziemy pokładali w nich nadzieję, jak w Zbawicielu, to kiedyś okrutnie się zawiedziemy… Ale to nie życie jest okrutne, to my sami produkujemy iluzje i później przerzucamy winę na to, że życie nas tak potraktowało. Warto włączyć się w ten nurt Ewangelii i teraz przesycić się słowami Chrystusa, żeby nie ulegać rozczarowaniom.
Największy ból zadajemy sobie sami, produkując iluzje.
XXXII niedziela (J 2,13-25) - Wypędzenie kupców ze świątyni.
/fragm./
Emanuel Kant powiedział, że wolność ludzka nie polega na łamaniu praw, czy odrzucaniu ich, ale polega na znalezieniu takich praw, wewnątrz których człowiek rozkwitnie. I Dekalog, to co mówi Jezus, jest taką drogą kwitnienia człowieka, dochodzenia do swojego człowieczeństwa, do twego obrazu, który Pan Bóg złożył w nasze serca. Jeżeli komuś z nas Dekalog sprawia trudności, albo jeżeli przyjmujemy te dziesięć słów Boga jako zakazy, to sytuacja ta podobna jest do sytuacji trzylatka, który odkrył właśnie wspaniałą możliwość wspinania się na parapet okna na piątym piętrze, a rodzice stanowczo zakazali mu tego. Ten trzylatek mimo, że jeszcze nie zna słowa „wolność” ani jego definicji, czuje, że jego wolność została pogwałcona. My też jesteśmy na etapie rozwoju trzylatka, jeżeli uważamy, że Boże przykazania gwałcą naszą wolność. Musimy dojrzeć. I całe życie mamy na to, żeby dojrzewać.
Dzisiejsza Ewangelia pokazuje nam Jezusa, który wypędza przekupniów ze świątyni. Mam w oczach fantastyczny obraz El Greca, gdzie widać Jezusa, krużganki i ludzi. Pan Jezus jest centralną postacią obrazu. Jego twarz nie wyraża niechęci i nienawiści. Wyraża spokój chirurga, który usuwa raka. Ma w ręku bat, zamachnął się i za chwilę uderzy człowieka z lewej strony. Niektórzy ludzie, którzy się tam kłębią jeszcze tego nie zauważyli, niektórzy zabierają swoje manatki i wynoszą się. Powywracane stoły. Jest jeden jedyny człowiek z prawej strony Jezusa – stary Żyd klęczący, wpatrzony w Jezusa, tak jakby Go adorował w tym akcie wypędzania przekupniów ze świątyni. Obok niego nachyla mu się do ucha inny człowiek, który gestykuluje i jakby go chciał odwieść od tej adoracji, jakby mówił: - Daj spokój, zobacz, co On wyprawia?!
Do czego zmierzam? Ta dzisiejsza Ewangelia mówi nam, że jeżeli chcę dotrzeć do samego siebie, to muszę wpuścić Jezusa do swojego wnętrza, żeby tam zrobił porządek, żeby powywracał stoły i potrzaskał batem, bo inaczej nie dojdę do samego siebie. Inaczej będę niszczył innych ludzi. Nie ma innej drogi. My sami jesteśmy jak dzieci we mgle i nie potrafimy rozeznać, co jest dobre, a co jest złe. Nasze czyny są często brudne, choć nam się wydaje, że są czyste – ta pierwsza intencja. Później, gdy sięgamy pamięcią, okazuje się, że jeszcze są tam jakieś domieszki zła. Tacy jesteśmy i o własnych siłach nie jesteśmy w stanie uporządkować naszego chaotycznego wnętrza. A do czego prowadzi ten chaos? Wystarczy zobaczyć, co się dzieje we współczesnym świecie...
Simone Weil wypowiedziała takie straszne zdanie: - „Kto mieczem wojuje, od miecza ginie. A kto miecz odkłada, ginie na krzyżu”. I w jednym i w drugim wypadku ginie. W pierwszym ginie zostawiając po sobie zgliszcza i tragedię ludzką. W drugim ginie podobnie, jak umarł Jezus.
XXX niedziela zwykła
(Łk 18, 9-14) - modlitwa faryzeusza i celnika.
Warto zwrócić uwagę, kto jest adresatem Jezusowej przypowieści o faryzeuszu i celniku: ” Jezus powiedział do niektórych, co ufali sobie, że są sprawiedliwi, a innymi gardzili, tę przypowieść...” Ufali, że są sprawiedliwi, a innymi gardzili... Czyż każdy z nas, w jakimś tam okresie swojego życia nie może się pod tym podpisać? Ja się podpisuję! Czy nie jest tak, że uważamy się na ogół za ludzi sprawiedliwych, za ludzi dobrych? Bardzo często spotykam się z takim oto przedstawieniem sprawy w konfesjonale: - Ja w zasadzie to nie mam grzechów. Nikogo nie zabiłem, nikomu nic nie ukradłem, niczego złego nie zrobiłem! Naprawdę trzeba być jak faryzeusz, żeby w taki sposób zacząć swoją spowiedź.
Dzisiejsza Ewangelia to nie jest tylko kwestia modlitwy. Faryzeusz i celnik przedstawiają swoje życie, jak oni żyją. I warto zająć się tymi dwoma osobami, ażeby wytropić w sobie szczególnie faryzeusza. Proszę zwrócić uwagę ,w jaki sposób wchodzi do świątyni ten człowiek – wchodzi pochwalić się przed Panem Bogiem tym, co uczynił, a jednocześnie porównać z innymi ludźmi. Czy czasem nie jest tak w naszym życiu, że ciągle się z kimś porównujemy? Szukamy kogoś, kto by był gorszy od nas i zawsze mamy go na podorędziu, aby usprawiedliwić samego siebie, gdy ktoś nam stawia zarzut, że przecież są jeszcze gorsi ode mnie...
A może jest tak, że nawet podziwiamy niektórych za to kim są i co robią, natomiast w momencie kiedy takiemu człowiekowi podwinie się noga... to właśnie, jakie uczucie w nas dominuje? Załóżmy, że znamy kogoś, komu jesteśmy niechętni, a jednocześnie go w jakiś tam sposób podziwiamy – jeśli jestem świadkiem jego klęski, co najpierw ze mnie wychodzi? Czy nie jakaś ciemna zła satysfakcja, że oto ten człowiek tak się pysznił, tak wszystko mu wychodziło... i nagle, proszę: Kara Boża bezpośrednia! Każdy z nas chyba ma w swoim sercu takie odruchy i te odruchy nieustannie trzeba unicestwiać.
Porównywanie się z drugimi ludźmi może być dobre, a może być złe. Jeżeli ja porównuję się z drugim człowiekiem po to, żeby zyskać, żeby zakryć swoje nieprawości, wtedy nic dobrego nie robię. Natomiast mogę się porównywać w tym sensie, że podziwiam, jak Pan Bóg działa w drugim człowieku. My nieustannie mamy takie złudzenie, że to my produkujemy wartości, a to odwrotnie jest: one się we mnie urzeczywistniają, jeżeli ja na to pozwolę. Natomiast jeżeli ja zagarniam je dla siebie, nie jestem twórcą dobra, prawdy i piękna. Święty Paweł Apostoł posunął się w swoich listach aż do takiego stwierdzenia, że Pan Bóg przygotował nam dobre uczynki po to, żebyśmy je wzięli i wypełniali. Tu kłania się przypowieść o talentach, o tych wszystkich ludziach, którzy są świadomi tego, że wszystko co mają i kim są, dostali od Boga i mają za zadanie je pomnożyć. Wspólnym mianownikiem postępowania takich ludzi jest zawołanie: Słudzy nieużyteczni jesteśmy. Skromność i pokora. Natomiast ten jeden, który schował ten talent i postępował tak jak chciał, zasłużył na odrzucenie i potępienie.
Celnik – człowiek, który jest zupełnie świadomy tego, że jest człowiekiem pustym. To nie znaczy, że bezwartościowym, to człowiek, który robi miejsce po to, żeby Pan Bóg w nim działał. Warto czytać listy świętego Pawła, ponieważ on łączył ze sobą i faryzeusza i celnika. W pierwszej fazie swojego życia był takim faryzeuszem – uważał, że prawda należy do niego i rozdawał ciosy innym ludziom w imię przestrzegania prawa. Musiał zostać mocno pokiereszowany przez Pana Boga, żeby dojść do wniosku, że wszystko jest łaską. I ten człowiek nadal pozostał gwałtownikiem, nadal, gdy czyta się jego listy, widać jego niesłychany temperament, ale jednocześnie zmienił się główny nurt jego życia - teraz już wie, że wszystko zawdzięcza Panu Bogu.
Ile jest w nas celnika, ile faryzeusza? Każdy powinien odpowiedzieć sobie na to pytanie, ile jest takich sytuacji, że cieszy mnie to, że inni ludzie poniosą klęskę. To jest ostatni dzwonek, aby zająć się swoim wnętrzem, aby rzeczywiście zobaczyć, że wszystko co mam i kim jestem, zawdzięczam Jemu. Nawet zbawienia nie mogę sobie wysłużyć uczynkami. Moje zbawienie jest zależne od wiary w Pana Boga i dopiero stąd mają wypływać moje uczynki. A nie tak jak faryzeusz, który w pewnym sensie kupczy: Pan Bóg jest mu potrzebny jako widz jego tragifarsy jednego aktora. Czy czasem nasze życie nie jest tragifarsą jednego aktora, gdzie rozdajemy nalepki innym ludziom, gdzie chwalimy się nieustannie tym, kim jesteśmy... a tak naprawdę jest to zasłona tej pustki, która każdy w nas posiada?