III niedziela Wielkiego Postu (Łk 13, 1-9) – „Jeśli się nie nawrócicie, wszyscy tak samo zginiecie”.
/fragm./
Ludzie zatrzymują się tylko na powierzchni wydarzeń i traktują je zupełnie sensacyjnie. Natomiast Chrystus uczy nas odczytywania tego wszystkiego, co się zdarza w moim życiu. Nie jest to zapis lokalnych sensacji, ale nauka w jaki sposób mamy interpretować te wszystkie wydarzenia, które są obecne w naszym życiu.
Chrystus przestrzega przed łączeniem nieszczęścia drugiego człowieka z wielkością jego grzechu. My mamy takie dziwne tendencje, że im większa tragedia spotka kogoś, od razu przypisujemy mu jakieś złe postępowanie. Absolutnie nie można tego łączyć ze sobą. To nie jest tak, że Pan Bóg natychmiastowo odpłaca za grzechy człowieka – On jest cierpliwy. To pierwsza rzecz.
Druga to pytanie. Ludzie przychodzą do Jezusa, zadają Mu pytanie i otrzymują odpowiedź. Czy ja przychodzę do Niego z różnymi sprawami w moim życiu po to, aby On oświecił mój umysł, żebym w dobry sposób zinterpretował to, co mnie spotyka i to, o czym słyszę?
Następna sprawa to natura drzewa figowego z tej krótkiej mini-przypowieści Jezusa.
Drzewo jest po to, żeby wydawało owoce. Dokładnie tak samo jest z nami. Jesteśmy po to i mamy takie naturalne pragnienie wydawania dobrego owocu. Nawet jeżeli świat nam się wydaje okrutny i ludzie także, to jednak są w nas duże pokłady dobra wszczepione tam przez Pana Boga. Wystarczy zobaczyć jak bardzo wzruszamy się na filmach, gdy oglądamy ludzki heroizm, ludzkie wyrzeczenia, ludzką ofiarność. A więc jest w nas jakaś struna dobra. I być może jej nie wykorzystujemy...
Następna sprawa to jest ogrodnik. Może nie dostrzegamy w naszym życiu ludzi, którzy są takimi dobrymi ogrodnikami, którzy nieustannie okładają nas nawozem, po to, żebyśmy wreszcie dojrzeli, żebyśmy wreszcie wydali owoc. A my jesteśmy głusi i ślepi na to. Być może kiedyś, kiedy spotkamy Pana Boga twarzą w twarz, to przewinie się w naszym umyśle film z tymi wszystkimi dobrymi ogrodnikami, którzy pragnęli naszego wzrostu, a myśmy ich odtrącali.
I wreszcie ten pan, który ulega perswazji ogrodnika i zwleka z wycięciem drzewa, to jest oczywiście Pan Bóg. Pan Bóg, który dał nam cały czas naszego życia, to nie jest tylko kwestia roku, jak w przypadku tego drzewa. My mamy wydawać owoce i się nawrócić..
/.../
II Niedziela Wielkiego Postu (Mt 17,1-9) Przemienienie na Górze Tabor.
/fragm./
Pomimo, że dzisiejsza Ewangelia opowiada o przeżyciu mistycznym Piotra Jakuba i Jana, pomimo, że jest ona objawieniem Jezusa Chrystusa, kiedy Apostołowie widzą z Kim mają do czynienia – dotychczas pewnie gubili się w domysłach, ale tutaj nie ma już żadnych wątpliwości, że to jest Pan Bóg, że Bóg mówi do swojego Syna: - To jest mój Syn umiłowany, Jego słuchajcie – to jednak jest to Ewangelia trudna. Trudna dlatego, że należy ją odczytywać, sądzę, w kontekście całej drogi Apostołów i całej drogi Pana Jezusa. Gdy sobie uświadomimy, że ten sam Piotr, który teraz chce stawiać trzy namioty, dla Jezusa, Mojżesza i Eliasza – nie wie co powiedzieć, tak wstrząsająca i jednocześnie wspaniała jest ta wizja – ten sam Piotr będzie się wypierał Pana Jezusa, będzie spał w momencie modlitwy Jezusa w Ogrójcu. W momencie tego tragicznego wydarzenia powie: - Nie znam tego człowieka! Jak to pogodzić to wszystko? Gdybyśmy kawałek dalej przeczytali Ewangelię to po zejściu z Góry Tabor, z Góry Przemienienia, to Jezusa otaczają ludzie, którzy czegoś od Niego chcą: przychodzi ojciec i mówi, ze jego syn jest epileptykiem i zły duch rzuca go na ziemię, aby go uzdrowił. Z jednej strony doświadczenie mistyczne, a z drugiej proza życia. I tragizm zdrady. Jak to wszystko pogodzić?
Sądzę, że ta Ewangelia jest tak ważna, bo nam w życiu jest bardzo trudno pogodzić takie amplitudy. Z jednej strony, jeżeli ktoś jest człowiekiem modlącym się i zaproszonym przez Boga do głębokiego doświadczenia wewnętrznego, do tych wszystkich wspaniałych chwil i przeżyć, to trzeba pamiętać, że jesteśmy także przez tego samego Pana Boga zaproszeni do nizin. I nie można chcieć przebywać zbyt długo ani na Górze Tabor, ani na nizinach. Cała rzecz w życiu duchowym polega na pogodzeniu się i na zaakceptowaniu tych dwóch amplitud – z jednej strony głębokiej świadomości tego, że jesteśmy córkami i synami Pana Boga i powołani jesteśmy tu i teraz do głębokiego doświadczenia duchowego, a z drugiej strony także będziemy się musieli przyznać do Pana Jezusa i powiedzieć – nie tak jak Piotr: ”Nie znam tego człowieka” – ale ”Znam tego człowieka” w momencie kiedy życie przybiera tragiczny i dramatyczny wymiar. Wspaniale być z przyjaciółmi, kiedy rozmawia się o ważnych tematach, kiedy coś wspaniałego przeżywamy, ale także ja będę musiał być z tymi przyjaciółmi, kiedy ktoś spośród nich będzie umierał i towarzyszyć temu człowiekowi w jego tragicznej i trudnej drodze. Sztuka życia polega na umiejętności zintegrowania tych dwóch rzeczy.
Uczmy się tej sztuki życia. Nasze życie jest pewnego rodzaju dynamizmem i ten proces nauki długo trwa, dokładnie tak samo jak u Apostołów – u Piotra, Jakuba i Jana. Potrzeba było zdrady, potrzebna była kłótnia o to, kto będzie pierwszy w Królestwie Niebieskim - po to, żeby w pewnym momencie nastąpiło to zintegrowanie, żeby ci ludzie zrozumieli, że życie może obfitować w Górę Tabor, kiedy ja widzę Pana Boga, prawie twarzą w twarz i daję się Mu porwać, ale także ono obfituje w rzeczy, które rozdzierają mi serce. Naprawdę błogosławiony ten, który za łaską Bożą potrafi te dwie rzeczy w sobie zintegrować, przyjąć je i prosić Boga, żeby zabrał mnie ze sobą na Górę Tabor, ale także - jeżeli przyjdzie taka chwila – abym nie mówił: ”Nie znam tego człowieka” w momentach tragicznych.
I niedziela Wielkiego Postu (Łk 4,1-13) – kuszenie na pustyni
Na pewno jesteśmy świadomi, że ten dialog, który przed chwilą usłyszeliśmy, między Jezusem a Szatanem trwa nadal w każdym sercu człowieka. I warto się pochylić nad tym tekstem, aby zobaczyć i rozpoznać te wszystkie podszepty, które gdzieś czają się w zakamarkach naszego serca i którym, niestety, czasem ulegamy.
Jak to się wszystko zaczęło? Zaczęło się od chrztu Pana Jezusa, od momentu kiedy wszedł w rzekę Jordan i obmyły Go wszystkie ludzkie nieprawości. Stał w kolejce, można by powiedzieć, do konfesjonału, jak każdy inny po to, żeby przyjąć na siebie wszystko, co ludzkie. I dalej, jak czytamy, Duch wyprowadza Go na pustynię. Warto się przyjrzeć i zobaczyć ten symboliczny wymiar pustyni również i w naszym życiu. Jezus idzie na pustynię, która jest synonimem milczenia i samotności. I to jest sugestia dla nas, że w naszym życiu potrzebny jest też dystans, bo chrzęst codzienności zagłusza pytania istotne. Jeżeli nie będziemy mieli dystansu, nie będziemy mieli także prawdziwego zakorzenienia w rzeczywistości - będziemy się ślizgali po powierzchni. Od czasu do czasu człowiek musi wyjść na pustynię, żeby przemyśleć samego siebie i motywy swoich działań. Pustynia to jest także milczenie i śmierć, to jest terra inaquosa, ziemia bezwodna, gdzie wszystko umiera. Do życia ludzkiego potrzebne są relacje międzyludzkie - bez tego człowiek usycha - ale usycha także bez relacji między Absolutem a sobą. I pustynia służy do intensyfikacji doświadczenia Pana Boga. Poza tym istnieje jeszcze inny symboliczny wymiar pobytu Jezusa na pustyni, mianowicie Jezus identyfikuje się ze swoim narodem – przebywa tam czterdzieści dni. Wiemy, że Izraelici przez pustynię szli czterdzieści dni zanim doszli do Ziemi Obiecanej. A centrum tej wędrówki przez pustynię był czterdziestodniowy pobyt Mojżesza na górze twarzą w twarz z Panem Bogiem. Historia Starego Testamentu również notuje historię Eliasza, który uciekał przez czterdzieści dni, był na pustyni, uciekał przed Achabem. To wszystko ma wymiar symboliczny, ale także w naszym życiu powinno być realizowane. Jeżeli nie mam dystansu, tak naprawdę nie mam zakotwiczenia w rzeczywistości.
Teraz o pokusach. Warto zwrócić uwagę na dwie rzeczy: przede wszystkim, że Szatan posługuje się słowami Starego Testamentu i Jezus też odpowiada mu słowami Starego Testamentu. Papież Benedykt XVI, kiedy jeszcze był kardynałem Ratzingerem, skomentował to w bardzo ciekawy sposób. Mianowicie powiedział, że czytanie Starego Testamentu - Szatan posługuje się słowami Starego Testamentu - bez świadomości tego, że on prowadzi do Jezusa jest czytaniem Antychrysta. I jeszcze jedna rzecz – zwróćmy uwagę, że Szatan wcale nie kusi Jezusa do zła, bo zło jest tak odrażające w swojej czystej postaci, że nikt by na to nie poszedł. Szatan jest czystą inteligencją pozbawioną miłości i dlatego usiłuje nas zmylić nie w bardzo prosty i prymitywny sposób, tylko w sposób inteligentny.
Wszystkim tym trzem kuszeniom wspólna jest jedna rzecz - wybiera się cząstkę prawdziwą, po czym absolutyzuje się ją i podaje się za czystą prawdę. Każda rzeczywistość - jeżeli ja wyławiam z niej jedną cząstkę i przez pryzmat tej cząstki patrzę – fałszuje.
Tak jest ze wszystkimi sprawami w naszym życiu. Jeżeli wyłowię jakąś część, na przykład jeżeli patrzę na człowieka tylko i wyłącznie z punktu widzenia jego płciowości - płciowość jest integralną częścią człowieka i jest dobrą, bo stworzoną przez Pana Boga, ale jeżeli ja ją absolutyzuję, to nie trzeba chyba dopowiadać co się z człowiekiem dzieje. Jeżeli oceniam człowieka tylko i wyłącznie z powodu sukcesu, jaki odniósł i to absolutyzuję, dokładnie dochodzi do takiej samej sytuacji. I dlatego Jezus mówi, że nie samym chlebem żyje człowiek.
Co więcej, to kuszenie szatańskie ma zakorzenienie w rabinistycznych spodziewaniach się Mesjasza. Mianowicie rabini uważali, że Mesjasz gdy przyjdzie, to dokona o wiele większego cudu, niż Mojżesz na pustyni, który karmił swój lud manną z nieba – że On zaspokoi głód człowieka. Głód jest wielką plagą, my może tego akurat nie odczuwamy w naszym kraju, ale wystarczy sobie uprzytomnić dwie rzeczy - może ktoś to uzna za demagogię, nie mniej jednak obydwa fakty są prawdziwe - z jednej strony kilka tysięcy dzieci umiera w Afryce z głodu codziennie, a z drugiej strony zaplecza ekskluzywnych restauracji, na których gnije nie dojedzone jedzenie. Głód jest niesamowitą plagą ludzkości i zaspokoić go całkowicie, to jest niestety zredukować człowieka tylko do jednego wymiaru - do wymiaru zmysłów i żołądka. Jezus wyraźnie mówi: Nie samym chlebem żyje człowiek. Poza tym, zwróćmy uwagę, że my mamy takie pokusy - bierzemy rzeczy w naszym życiu, które wydaje nam się, że zaspokoją nasz głód. Ale okazuje się to złudzeniem po dniach, tygodniach, czy roku - że nic nie jest w stanie zaspokoić głodu, bo największym głodem człowieka jest głód sensu. Można mieć pełny żołądek, można być sytym człowiekiem opływającym we wszystko, a umierać, marnieć i karleć z powodu braku sensu swojego życia, przecież znamy takie historie.
Drugą i trzecią pokusę wiąże bardzo ważna rzecz. Druga pokusa jest pokusą władzy, władzy totalitarnej, a trzecia pokusą sukcesu. Władza i sukces w tym wypadku akurat mają jedną wspólną rzecz. Mianowicie, w pierwszym przypadku – pokusy władzy - Szatan wynosi Jezusa wysoko w górę, gdzie Mu pokazuje wszystkie królestwa świata, a w drugim przypadku - pokusy sukcesu - na narożnik świątyni równie wysoki. Wspólną rzeczą jest wysokość.
Władza absolutyzowana i sukces absolutyzowany powodują dwie rzeczy: oddalenie i patrzenie na innych z wysokości. A z wysokości ludzie wydają się jak mrówki, nie można dostrzec różnicy między świętym, a zbrodniarzem, między dobrym a złym. Tak właśnie mamienie władzy i sukcesu się odbywa, że ci którzy ulegli tej pokusie, oni w ten sposób postrzegają innych ludzi: to są mrówki bez znaczenia - natomiast ”JA” decyduję o wszystkim! Nie łudźmy się, każdy z nas jest w ten sposób kuszony. Z dużej perspektywy, na przykład z satelity, gdyby tak zniszczyć Europę, to pokazał by się w tej perspektywie opalizującej Ziemi tylko lekki dymek. Z wysokości bombowca nie widać niszczonych miast. I my ulegamy czasem takim pokusom, oczywiście nie w takiej skali.
Warto przypatrzeć się sobie, swojemu życiu i swojemu powołaniu - czy czasem nie ma we mnie tych trzech pokus:
- Czy chleb, bardzo szeroko pojęty, zaspokoi wszystkie moje pragnienia, a wiem, że nie da się żyć bez sensu życia?
- Czy władza, czasem ta mała, cząstkowa władza, jaka każdy z nas posiada nawet w tym małym wymiarze począwszy od władzy rodzicielskiej aż po władzę dyrektorską – czy ona nie powoduje, że innych ludzi odczytuję jako nic nie znaczące mrowisko, jako masę?
- I czy sukces, który odniosłem, czy czasem nie dystansuje mnie tak od drugiego człowieka, że oceniam go bardzo nisko?
Ten dialog trwa w każdym ludzkim sercu od momentu, kiedy dokonał się na pustyni, aż do dzisiaj.
VI niedziela zwykła (Łk 6, 17. 20-26) Błogosławieni...
Błogosławieństwa, które odwracają do góry nogami słowa szczęście, nieszczęście, płacz, smutek, są bardzo trudnym tekstem, ale nie ze względu może na zrozumienie, tylko ze względu na wymagania, które się za tymi błogosławieństwami kryją. Klucz do tych błogosławieństw i do tych Jezusowych „Biada wam!” jest w jednym zdaniu z dzisiejszego czytania Listu św. Pawła do Koryntian: „Jeżeli tylko w tym życiu w Chrystusie nadzieję pokładamy, jesteśmy bardziej od innych ludzi godni politowania”.
Co to znaczy?
W niektórych badaniach socjologicznych, gdzie zadają pytania na temat wiary, bardzo często powtarza się taka sytuacja: po ogłoszeniu tych badań, dana populacja na pytanie - Czy wierzysz w Boga, 70% ludzi odpowiada, że tak. Ale na następne pytanie: - Czy wierzysz w życie wieczne, czy wierzysz, że zmartwychwstaniesz, już tylko 40% odpowiada pozytywnie. I to jest ilustracja tego, co mówi święty Paweł - jeżeli ja pokładam w Panu Bogu ufność tylko w tym życiu, że On mi zapewni względne bezpieczeństwo tu i teraz, to jestem bardziej godny pożałowania od wszystkich innych ludzi. Moja wiara musi wykraczać poza moje życie. I w błogosławieństwach chodzi o projekt swojego życia. Czy ja projektuję swoje życie na lat sześćdziesiąt, siedemdziesiąt, czy też pamiętam nieustannie, że przecież projekt życia opiewa na wieczność? Ono się zaczyna, ale się nie kończy.
W nas jest taka pokusa, żeby sobie wszystko poukładać, żebyśmy mieli zabezpieczone i przewidziane przynajmniej dwa, trzy, cztery lata, a najlepiej do końca życia i jeden dzień dłużej, żebyśmy się obwarowali takimi zabezpieczeniami, które nie dopuszczą nieszczęścia, płaczu, tragedii, nie dopuszczą tego, co rozrywa nasze serce. W ten sposób chcemy układać swoje życie. Jeżeli już to życie w ten sposób zaprojektuję... to pojawia się pytanie: - Gdzie w nim jest miejsce na Pana Boga...? Przecież ja go zaprojektowałem, a co najwyżej nalepiłem na to nalepkę, że jestem uczniem Jezusa Chrystusa. Ale nic z tego nie wynika i w takiej sytuacji jest godniejszy pożałowania od wszystkich ludzi. Ja jestem bogiem, ja zaprojektowałem, jest moje, nie dopuszczam w ogóle innej możliwości. Wbrew pozorom istnieje bardzo dużo ludzi, którzy w ten sposób podchodzą do swojego życia. Wyrobili sobie układy, są względnie bezpieczni, mają jakiś tam status, zaprojektowali swoje szczęście. I w momencie, kiedy otwierają drzwi do tego szczęścia i chcą się nim sycić, okazuje się, że to jest tak naprawdę pustka. Mają wszelkie dane ku temu, by byli szczęśliwymi... a nie są.
Fantastyczny obraz z proroctwa Jeremiaszowego - tacy ludzie są podobni do suchego krzaka na pustyni, miotanego wiatrem, nie widzą kiedy przychodzi prawdziwe szczęście. Ponieważ zaprojektowali szczęście na swoją miarę. Zapomnieli o tym, że my ludzie jesteśmy przez Boga zaprojektowani na Wieczność. I w momencie kiedy sobie zaprojektujemy takie małe szczęście, takie małe bezpieczeństwo, pokój, żeby wszystko było dokładnie przewidywalne i żeby ludzie tak się zachowywali jak chcemy – to jesteśmy najnieszczęśliwszymi ludźmi na świecie. Paradoks, ale tak jest.
Najszczęśliwszym człowiekiem jest ten, według Jeremiasza, którego korzenie są w Bogu, bo dla niego wichury, które przychodzą i posucha, to jest nic. Jego korzenie dotykają źródła życia.
Warto się zastanowić - Kto jest projektantem naszego życia? Czy wpuszczamy Pana Boga, czy stworzyliśmy jakiś sztuczny świat? W niektórych momentach jesteśmy takimi duchowymi schizofrenikami. Tworzymy sobie sztuczny świat, oddzielamy go całkowicie od rzeczywistości, a gdy rzeczywistość wtargnie do niego, to jesteśmy głęboko nieszczęśliwi, bo ona nam rujnuje ten świat, który utkaliśmy sobie. Ale ten świat nie ma nic wspólnego z życiem. Nie da się zabezpieczyć w tym życiu. Bogu – Jezusowi Chrystusowi – udało się żyć na tej ziemi bezpiecznie 33 lata, trzy ostatnie był nieustannie zaszczuwany. A my chcemy żeglować do końca naszego życia, chcemy się zabezpieczyć. To jest po prostu niemożliwe, takie istnienie ludzkie umiera, takiego człowieka nie ma. Jego świat jest sztuczny, jego szczęście jest fikcją i mirażem. Dokładnie sobie zdajemy z tego sprawę.
Kto reżyseruje sztukę, która nosi moje imię i nazwisko? Czy ja sam, czy poruszam się po deskach, które sam przygotowałem? Czy wokół są dekoracje, które sam stworzyłem? Czy też pozwalam Panu Bogu reżyserować tę sztukę? Są takie rzeczy, które pozwalają mi odpowiedzieć na pytanie, jak to rzeczywiście jest – mianowicie, czy jestem jeszcze czuły, czy jestem człowiekiem, który jeszcze czasem płacze, czy jestem cierpiący, czy wzrusza mnie jeszcze los drugiego człowieka, czy współczuję, czy są jeszcze rzeczy, które rozdzielają mi serce? Jeżeli tak jest, jeżeli są ludzie, którzy mnie potępiają, ponieważ mam jasne poglądy i przyznaję się do Boga i staram się żyć tak jak On chce, to wtedy jest wszystko w porządku. To znaczy, że gram w sztuce, którą reżyseruje Pan Bóg, a nie ja sam. Natomiast jeśli jest we mnie pustka, a wszystko dookoła wskazuje, że powinienem być człowiekiem szczęśliwym, to niestety reżyserem swojej sztuki jestem ja sam i wygnałem z niej gdzieś Pana Boga.
Warto się zastanowić do czego my aspirujemy? Chcemy bezpiecznie przejść przez to życie, ... a Bogu się to nie udało!
V niedziela zwykła (Iz 6,1-2a.3-8) (1 Kor 15,1-11) (Łk 5,1-11) – powołanie rybaków na Apostołów
Dzisiejsze czytania to trzy szkice o ludzkim powołaniu i od razu trzeba chyba przestrzec przed pewnego rodzaju ułudą. Mianowicie, często nam się wydaje, że powołanie ludzkie jest jednorazowe, dokonuje się w jednym punkcie czasowym. Otóż nic podobnego - ono bardzo często jest wielokrotne. Bardzo często każdą swoją decyzją albo umacniam to powołanie, wezwanie, wyjście naprzeciw woli Bożej, albo niweczę je, druzgoczę to, co Pan Bóg chce zrobić z moim życiem. Warto się przyjrzeć tym trzem szkicom, bo to dotyczy każdego z nas - każdy z nas do czegoś jest powołany przez Pana Boga, jest konkretnie wezwany do konkretnych rzeczy. Warto zobaczyć, jak to się dzieje w Piśmie Świętym, jak ludzie reagują i jaka niesamowita jest synergia między ludzkimi zdolnościami, a łaską Pana Boga. Tak naprawdę nie da się oddzielić tych dwóch rzeczy, nie da się przeprowadzić cezury, że tutaj jest moje działanie, a tutaj jest działanie łaski Bożej. I to jest zasadnicza sprawa, która łączy te trzy opisy powołań: izajaszowego, pawłowego oraz Apostołów: Piotra, Jakuba i Jana.
Są jeszcze dwie inne rzeczy, które łączą te powołania. Zdumiewające: je oddziela historycznie rzecz biorąc kilkaset lat. A mimo wszystko noszą na sobie bardzo podobne piętno. Jeden z filozofów, który zajmował się religią mówił o tym, że doświadczenie sacrum, doświadczenie świętości w zasadzie łączy ze sobą dwa dziwne stany człowieka. Jeden nazwał misterium fascinosum, a drugi misterium tremendum. Czyli fascynację połączoną z drżeniem i lękiem. I znowu u Izajasza, Pawła i u Szymona, Jakuba i Jana mamy dokładnie to samo. Ci wszyscy ludzie lękają się, ale jednak są otwarci. U Izajasza widzimy, że jeżeli ja - rzeczywiście pomimo tego, że się lękam - jestem otwarty, to muszę najpierw być oczyszczony i niewątpliwie w tym wypadku pewnie było to bolesne. Anioł wziął węgiel i dotknął ust, aby oczyścić jego wargi. Czyli prawda, bo czystość warg, czystość słowa mierzy się moją prawdą.
Spróbujmy teraz spojrzeć na Ewangelię, bo ona niesie też niesamowite treści i pomaga nam w spojrzeniu na swoje powołanie. Mamy taką sytuację - profesjonalni rybacy po całonocnym połowie; ten połów skończył się fiaskiem, nic nie złowili, nie ze względu na swoja nieudolność, bo zapewne byli ludźmi, którzy wiedzieli, co robią, byli profesjonalistami w swojej dziedzinie, ale po prostu każdy rybak wie, że nie tylko od jego profesjonalizmu zależy połów. Są zmęczeni, płuczą sieci i oto jakiś rabbi żydowski - oni Go nie znają - prosi żeby odpłynęli troszeczkę od brzegu, siada w łodzi i zaczyna nauczać. Już to mogło zirytować tych ludzi, bo byli naprawdę zmęczeni. Ale pewnie zirytowało ich następne wezwanie, żeby rzucili sieci jeszcze raz. Tym bardziej, że nie był to czas połowu ryb – a mimo wszystko ulegli. Widocznie coś było w tym człowieku, coś było w Jego głosie, w Jego spojrzeniu, że ulegli. Pewnie bili się z myślami, że to naprawdę nie ma sensu – cóż może jakiś rabbi żydowski wiedzieć o połowie ryb? Pewnie nic... ale zawierzyli. I dokonał się cud.
I chyba tak przebiega w naszym życiu interwencja Pana Boga. Najpierw człowiek powinien być dobry w jakiejś dziedzinie swojego życia i naprawdę poświęcić dużo czasu, żeby być profesjonalistą. Później bardzo często okazuje się, że nie wiem jak będzie zdolny, nie wiem, ile rzeczy będzie mógł przewidzieć, to jednak są rzeczy nieprzewidywalne. I od czasu do czasu poniesie druzgocącą klęskę. To tylko uczniowi, który przeczytał dwie książki na dany temat, wydaje się że wie wszystko. Tylko człowiek, który początkuje w jakiejś dziedzinie i przeczytał parę artykułów, jemu się wydaje, że wie naprawdę wszystko i czerpie z samej krynicy wiedzy. Natomiast prawdziwy profesjonalista wie, że nic nie wie – tak jak kokieteryjnie troszeczkę powiedział Sokrates. To znaczy, im więcej wie, tym większą świadomość ma swojej niewiedzy. I dokładnie tak samo jest w naszym życiu i w naszym powołaniu. I wtedy dopiero, kiedy ja mam świadomość swojej małości, świadomość swojej słabości, kiedy dopada mnie to misterium tremendum - drżenie przed moim powołaniem, tym, że nie podołam i tak dalej - dopiero wtedy tak naprawdę mogę się otworzyć na łaskę Pana Boga. Nigdy mi to nie wyjdzie, jeżeli Pana Boga będę traktował tylko jako pewnego rodzaju dopalacz: jestem dobry w jakiejś dziedzinie, a jeżeli zapewnię sobie „plecy w Niebie”, to będę jeszcze lepszy. Zawsze każde powołanie bazuje na głębokiej świadomości ograniczoności człowieka.
To jest niezmiernie ważna sprawa tej dysproporcji między moją przemijalnością i kruchością, a Panem Bogiem. I dopiero wtedy, gdy widzę jak bardzo mało zależy ode mnie, a jednocześnie z drugiej strony wiele, dopiero wtedy mogę się otworzyć na łaskę Pana Boga. Warto to, co wyczytaliśmy z tej Ewangelii skonfrontować z własnym życiem i własnym powołaniem. Jak my reagujemy na to, co mówi do nas Pan Bóg?
I jeszcze jedna ważna rzecz ciśnie się na usta, komentując tę Łukaszową opowieść. Mianowicie, Pan Bóg chce z reguły wtargnąć w nasze życie w momencie jak najmniej odpowiednim. Jak najmniej odpowiedni był ten moment, kiedy rybacy płukali swoje sieci po nieudanym połowie – właśnie wtedy, kiedy mi się coś nie udało, kiedy mam świadomość swojej małości. To jest bardzo często moment, w którym interweniuje Pan Bóg, a my bardzo często niestety omijamy tę Jego interwencję i trzymamy Go z dystansu. Zapytajmy samych siebie, czy w naszym życiu są podobne epizody, jak w życiu Izajasza, świętego Pawła - który mimo ogromu pracy nazywa sam siebie niezbyt pochlebnym terminem „płód poroniony” - i tych trzech Apostołów, których w Ewangelii świętego Łukasza powołał Chrystus.
Święto Ofiarowania Pańskiego (Łk 2,22-40) Anna i Symeon rozpoznają Mesjasza w świątyni
/fragm./
Ktoś , kto odmawia brewiarz i kompletę – modlitwę na zakończenie dnia – codziennie spotyka się z tymi słowami Symeona, który zobaczywszy Jezusa, trzymając Go w ramionach
mówi tak: "Teraz, o Władco, pozwól odejść słudze Twemu w pokoju, według Twojego słowa. Bo moje oczy ujrzały Twoje zbawienie". Piękna, pełna, mądra starość, która jest owocem życia naznaczonego ofiarą. Jest to starość szczęśliwa.
A dzisiaj, jak wygląda nasza starość? Jak wygląda nasze starzenie się? Czas upływa i każdemu z nas lat przybywa. Starość jest piękna poprzez to, że otwiera się na transcendencję – na Pana Boga. Jeżeli nie otworzy się na Pana Boga i nie jest owocem ofiarnego życia, wtedy będzie tylko zazdrosnym oglądaniem się na młodość innych ludzi, będzie małostkowością, czepianiem się, narzekaniem itd. Zazdrością, że moje życie przemija, a inne kwitnie.
Czy nasza starość będzie spotkaniem z Panem Bogiem, czy też pasmem nieszczęść i tragedii? Ludzie czasem mówią, że wszystko się Panu Bogu udało... oprócz starości. Nie sądzę, może ci, co tak mówią, sądzą tak o swoim życiu, że ich starość się nie udała – ponieważ nie przyniosła owocu, nie otwiera się na Pana Boga.
Olivier Clément w fenomenalnej książce – biografii duchowej - „Inne słońce” opisuje starość i mówi bardzo poetycko, a jednocześnie prawdziwie o zmarszczkach, że są to pęknięcia w twarzy człowieka przez które albo prześwieca wieczność, Pan Bóg, życie spełnione, albo prześwieca zmętnienie, zgorzknienie. Jak będzie w naszym życiu, to zależy od tego, czy potrafimy je zasiać, czy potrafimy ofiarować. Czy koncentrujemy się tylko na wydajności, czy rozwijamy też życie duchowe? Prędzej czy później przyjdzie na nas ten moment refleksji – właśnie kiedy człowiek wchodzi w „smugę cienia” i rzuca się na cały świat usiłując zagłuszyć to łkanie swojego serca, a nic z tego nie wychodzi, ponieważ brak tam ofiary i rozwoju duchowości.
Warto się nad tym zastanowić dzisiaj, kiedy obchodzimy Święto Ofiarowania Pańskiego, ale równocześnie jest to zwrócenie się ku starości, końca naszego życia. Na prawosławnym wschodzie ludzi, którzy są napełnieni mądrością nazywają „pięknymi starcami” niezależnie od wieku. Myślę, że jest to piękne spojrzenie na odchodzenie drugiego człowieka.
III niedziela zwykła - (Łk 1,1-4.4,14-21) "Dziś spełniły się te słowa Pisma, któreście słyszeli."
Dzisiejsza Ewangelia opisuje jeden z trudniejszych momentów w życiu Jezusa, kiedy przychodzi do swojego rodzinnego miasta, gdzie się wychował, wchodzi do synagogi, wszyscy Jego znajomi są tam zgromadzeni, zaczyna czytać i mówi takie niesamowite dla słuchaczy słowa, że dzisiaj się to spełniło - mówi, że On jest Mesjaszem. Można by powiedzieć, że naprawdę był to brak dyplomacji ze strony Pana Jezusa. Działanie zupełnie pozbawione taktyki. Gdyby był człowiekiem, który wyjechał z Nazaretu, wrócił, nie wyszło Mu, wszyscy klepali by Go po plecach i mówili: - A widzisz, mówiliśmy Ci, nie wyjeżdżaj z naszego miasta. Gdyby wrócił odebrawszy nauki w Jerozolimie jako rabbi, wtedy wszyscy byliby dumni, że ktoś z ich miasta został nobilitowany. Gdyby był kimś obcym i głosił te słowa, no cóż... obcy zawsze wydają nam się więksi. Ale to był Jezus, który z tymi ludźmi przebywał codziennie, oni widzieli pot na Jego tunice ... i mówi takie słowa! Cóż za brak dyplomacji. Przecież wydaje się, że Jezus zdawał sobie sprawę z tych wszystkich mechanizmów, które przed chwilą opisałem. Dokładnie wiedział jak będzie przyjęty, a mimo wszystko to powiedział, że jest Mesjaszem.
Pytanie: - dlaczego? Z bardzo banalnej przyczyny, mianowicie że to było prawdą. I nie przeprowadzajmy daleko idących analogii, bo gdybyśmy my chcieli mówić prawdę o sobie, to na pewno nie byłaby to prawda wzniosła. A jeżeliby ktoś chciał mówić słowa wielkie o samym słowie i to jeszcze wśród znajomych wśród których się wychował, to naraził by się na śmieszność. Ale jest jeden punkt wspólny między nami, a Panem Jezusem – tak samo jak ci ludzie słuchający Jezusa nie chcieli przyjąć prawdy o Nim – była to trudna prawda - tak samo my bardzo często nie chcemy przyjąć prawdy o samym sobie.
Różni nauczyciele różnie nauczają. Jedni mówią w ten sposób: - ”Myśl pozytywnie. Akcentuj swoją wielkość i nawet jeżeli tak nie jest w rzeczywistości, być może że będzie w przyszłości. W ten sposób będziesz miał w sobie pewien motor do wyrywania się z sytuacji ugrzęźnięcia w życiu. ” Inni mówią z kolei: - ”Zobacz na swoje słabe punkty, to cię uratuje przed pychą”. Myślę, że i jedna i druga droga grzeszy tym, że w gruncie rzeczy chodzi tutaj o nasze ”ja”, o zaakcentowanie mojego ”ja”.
Jezus proponuje coś innego: - Skonfrontuj się z rzeczywistością, zobacz prawdę o sobie. I jak później doda: - Poznajcie prawdę, a prawda was wyzwoli. Niestety, w życiu jest tak – każdy z nas tego pewnie doświadcza – że błazen chce być przynajmniej małym królem, mały król śni o tym, żeby być wielkim filozofem. Ktoś, kto jest dobrym prozaikiem, być może cierpi z tego powodu że nie pisze wierszy... Świetny matematyk aspiruje do tego, żeby być prorokiem.
Ciekawe, my bardzo często dokładnie wiemy, kim chcielibyśmy być, a bardzo rzadko wiemy to, kim jesteśmy. I myślę, że dzisiaj pytanie, które Jezus nam stawia, to jest właśnie to: - Kim jesteś, człowieku? Bo ta sytuacja, jeżeli ja przyjmę tę niewygodną prawdę o sobie, ona ma moc wyzwalania mnie z różnych krepujących więzów. Ja wtedy nie będę musiał przed nikim niczego i nikogo udawać, nie będę usiłował zakładać masek. Po prostu zgodzę się na to, kim jestem.
Co więcej, to jest początkiem odczytywania mojego powołania. W taki bardzo dowcipny i kąśliwy sposób mówi o tym święty Paweł w Liście do Koryntian: - wszyscy jesteśmy jednym organizmem, głową naszą jest Jezus, a wszyscy jesteśmy jednym ciałem. Co by to było, gdyby nagle noga chciała być okiem – wzniosłym okiem, wspaniale patrzącym okiem – zrezygnowała by ze swojego powołania, albo jeśli już miałaby być nogą, to przynajmniej tą niezastąpioną. I tak uciekamy od swoich ról, uciekamy od tego, co nam Pan Bóg dał. I wtedy tak naprawdę wpadamy w nieszczęście. I wpadamy w kompleksy.
Tymczasem wystarczy tylko jedna ważna sprawa: - kim ja jestem, jakie są moje dary? Czy czasem nie uciekam w marzenia? My kochamy pielęgnować mity na swój własny temat, kochamy bardzo często snuć różnego rodzaju wyobrażenia. Powrót do samego siebie, do prawdy o nas samych, jest początkiem odczytania naszego powołania. Wtedy nie będziemy się łudzili. Są tacy ludzie – ja ich spotykam bardzo często – którzy wykonują nawet takie banalne czynności, ale z taką pieczołowitością, tyle serca wkładają i tyle im to szczęścia daje, że stoję w głębokim podziwie. To są ci, którzy znaleźli swoje powołanie niezależnie od tego, czy pełnią funkcje jakieś wzniosłe i spektakularne, czy też naprawdę malutkie. I wiedzą, że służą. I to jest szczęście człowieka.
Jezus kiedyś powie: - Słudzy nieużyteczni jesteście. Jeżeli zrobicie, co do was należy, powtarzajcie sobie: słudzy nieużyteczni jesteśmy. I to jest chyba szczęście. Bo jeżeli ja będę gonił za pewnego rodzaju imaginacjami, to potrafię całe swoje życie strawić bolejąc nad tym, że nie mam na przykład jakiś darów. A może by się skoncentrować na tym, co mam? Skoncentrować na tym miejscu, w którym jestem, bo tutaj tylko można znaleźć szczęście.
Prawda, niechciana prawda o nas samych, to jest motyw dzisiejszej Ewangelii. I my bardzo często, tak samo jak ci ludzie w Nazarecie nie chcieli przyjąć prawdy, tak samo my nie chcemy jej przyjąć.
II niedziela zwykła (J 2, 1-11) - Cud w Kanie Galilejskiej
Ta scena ewangeliczna uczy nas, co to znaczy obecność i co to znaczy cudowna obecność, czyli taka, która kończy się cudem. Najpierw muszę być obecny i Matka Boża pokazuje, że jest obecna. Może się to wydać dziwne, ale zwróćmy uwagę, że my nieczęsto jesteśmy obecni w naszym życiu. Ile razy człowiek może z ręką na sercu powiedzieć, że jest Tu i Teraz? W tym momencie, cały, całkowicie poświęcony tej chwili, która właśnie aktualnie trwa. Bardzo często bujamy gdzieś w obłokach, tkwimy w naszej przeszłości, albo lękamy się o naszą przyszłość, natomiast chwila teraźniejsza mija i staje się bez znaczenia.
Natomiast Matka Boża jest tam obecna. O Jej obecności świadczy, że zauważyła, że dzieją się niepokojące rzeczy. Przecież nikt nie obwieszczał, że zabrakło wina. Grozi skandalem. Musiała to odczytać - a żeby coś odczytać, ja muszę być obecny – z zaniepokojenia niektórych ludzi odpowiedzialnych za to wesele, z konsternacji sług itd.
Pierwszą zasadniczą sprawą to jest być obecnym. Jeżeli jestem obecny, zaczynam czytać rzeczywistość i mogę na nią odpowiedzieć. Jeżeli mnie nie ma w chwili teraźniejszej, to w ogóle nie mam kontaktu z rzeczywistością. A później narzekam, że świat nas oszukał. Nic podobnego, to my go oszukujemy, ponieważ dezerterujemy z chwili obecnej.
Co się dalej dzieje? Następuje dialog z Jezusem, można by powiedzieć modlitwa. Jest konkretna sprawa, której trzeba zaradzić. I zaczynają się dziać po tej chwili obecności, uważności, czuwania – Ewangelia pełna jest wezwań do czuwania - zaczynają się dziać cuda. Słudzy napełniają wodą bez szemrania – a przy takim sporym weselu i takim sporym domu, o czym świadczy ilość stągwi kamiennych, mieli sporo pracy, a napełnić te stągwie, to nie jest kwestia odkręcenia kurka, tylko trzeba się namęczyć, żeby napełnić wodą - a oni bez szemrania.
Właśnie na tym polega obecność: dostrzegam coś i to dostrzeżenie trafne udziela się innym ludziom. Bez szemrania robią pewne rzeczy, które uważają za ważne i stosowne. I tak się dokonuje cud. Jezus dopełnia tego wszystkiego, zamieniając wodę w wino.
To jest wskazówka dla naszej codzienności, żebyśmy praktykowali taką cudowną obecność. Naprawdę nie trzeba wiele, wystarczy dobre słowo, uśmiech, zauważenie pewnej sytuacji i zaradzenie jej. Niekoniecznie chodzi o jakieś olbrzymie rzeczy, a my bardzo często myślimy, że bycie świętym to jest bycie jakimś herosem katolickim albo chrześcijańskim. Nic podobnego, to jest bycie uważnym, bycie obecnym tu i teraz, w tej chwili. I ta uważność powoduje, że ja dostrzegam. A u końca takiej uważności zawsze dzieją się cuda.
Niedziela Chrztu Pańskiego (Łk 3,15-16.21-22) – Ty jesteś mój Syn umiłowany, w Tobie mam upodobanie.
Dwóch ludzi przedstawia nam dzisiejsza Ewangelia. Jan Chrzciciel, który kończy swoją misję, swoje powołanie - to jest koniec jego drogi, wypełnił ją wiernie, rzetelnie, bez skazy, a były pokusy, żeby było inaczej. Jak notuje Ewangelia Łukaszowa cały lud oczekiwał w napięciu i wszyscy snuli domysły co do Jana, czy nie jest czasem Mesjaszem. Ewangelia Janowa notuje jeszcze inne wydarzenie, mianowicie przyszli do Jana faryzeusze z zapytaniem, czy czasem nie jest on Mesjaszem - odpowiedział, że nie jest. Czy nie jest Eliaszem? - też powiedział, że nie. A może przynajmniej jednym z proroków? - także zaprzeczył. A co mówisz o sobie? – spytali faryzeusze. A on odparł, że jest głosem wołającym na pustyni i przygotowującym drogę Jezusowi Chrystusowi. To było jego powołanie, które wypełnił znakomicie. A mógł przecież powiedzieć coś innego, mógł przynajmniej mieć te swoje pięć minut triumfu; to nic, że później byłby wstyd, mógł wyciągnąć rękę po tytuł, który mu się nie należał – a nie zrobił tego.
I drugi człowiek z dzisiejszej Ewangelii, a w zasadzie Bóg – człowiek, Jezus Chrystus, którego swoisty ingres obserwujemy, ponieważ zaczyna swoją działalność publiczną, ale jakże inny jest to ingres. Jezus modli się, przyjmuje chrzest dokładnie taki sam, jak każdy z grzeszników. Stoi w długiej kolejce nad Jordanem. Nie uważa, że cokolwiek Mu się należy.
Przychodzi do Jana, a ten nie wie tak naprawdę, co ma zrobić – przecież wie, że Ten, którego za chwilę ma ochrzcić, jest Mesjaszem, jest czysty i nie ma w Nim żadnego grzechu i żadnej skazy, a pomimo to chce przyjąć to wszystko, co przyjmuje każdy człowiek. Taka będzie droga Chrystusa: doświadczy dokładnie tego wszystkiego, co każdy z nas doświadczy w życiu, łącznie ze śmiercią, przed niczym się nie uchyli.
Chciałbym zwrócić uwagę na te słowa, które padają z Nieba: „Ty jesteś mój Syn umiłowany, w Tobie mam upodobanie”. Otóż te słowa padły przy chrzcie każdego z nas, one są niezmiernie ważne. Dlaczego? Dlatego, że po pierwsze, powodują, że człowiek jest wywyższony do godności dziecka Bożego, a po drugie, zabezpieczają mnie - o tyle, o ile ja je słyszę – przed pokusami tego świata. Za chwilę Jezus pójdzie na pustynię i będzie kuszony.
Tak samo jest z nami – w naszym sercu rozbrzmiewa głos, o ile go słyszymy, a słyszeć się go da podczas modlitwy (jeżeli ja rzeczywiście jestem człowiekiem modlitwy), że jestem człowiekiem umiłowanym przez Pana Boga, Jego synem czy córką. Ale na pustyni Jezus usłyszy zupełnie inne głosy, usłyszy głosy takie, jakie my słyszymy od head-hunterów, władców tego świata, to oni podsuwają różnego rodzaju listy lojalności.
Tak jest z Jezusem. To przecież diabeł, czyli ten, który dzieli, bierze Go na górę, pokazuje Mu wszystkie królestwa świata i mówi: To wszystko będzie Twoje, ja wiem, że Ty jesteś Bogiem, ale inni nie wiedzą, beze mnie sobie nie poradzisz, ja Ci pomogę, zapewnię Ci poklask, media i tak dalej. Jedyną rzeczą, jaką masz zrobić, to oddać mi pokłon. I Jezus kwituje to jednym zdaniem: - Idź precz!
Otóż jeżeli w moim życiu - bo to nie jest tylko pokusa wielkich tego świata, ale każdego z nas i na naszą miarę - jeżeli nie będziemy mieli rozeznania, jeżeli zagłuszymy w nas ten głos, który mówi, że jestem umiłowanym dzieckiem Pana Boga i nie muszę nic nikomu udowadniać, nie muszę robić kariery za wszelką cenę, nie muszę płaszczyć się przed wielkimi tego świata, jeżeli gdzieś zagubię ten głos, to niestety moim udziałem będzie tragiczny los, tragiczna farsa mojego życia. Prędzej czy później – niekoniecznie gazety będą musiały o tym pisać – ale sumienie mi o tym powie, ono nie da mi spokoju. Może to być na przykład na łożu śmierci, kiedy mignie mi całe moje życie przed oczami i stwierdzę, że ono było zmarnowane – ponieważ podpisywałem, płaszczyłem, donosiłem i tak dalej i tak dalej. To jest przestroga dla każdego z nas.
Zobaczmy jak niesamowicie aktualna jest Ewangelia. To diabeł, ten który dzieli, władca tego świata, mówi mi: - Będziesz kochany ... pod warunkiem, że zrobisz to, czy tamto.. może odwrócisz oczy, jak gnoją twojego kolegę, może udasz, że nie widzisz... "Wszyscy byli odwróceni" jak napisał Marek Hłasko.
Co będzie naszym udziałem? Z naszego chrztu wypływa takie zobowiązanie, żebym ja nieustannie wsłuchiwał się w ten głos, cichy głos Pana Boga, że jestem Jego synem umiłowanym. I wtedy będę bezpiecznie kroczył przez ten świat i nigdy nie dam się zwieść różnego rodzaju obietnicami, które mają mi zapewnić sukces. Inaczej, jeśli go zagłuszę, może być różnie.
Uroczystość Objawienia Pańskiego(Mt 2,1-12)
/fragm./
Możemy tylko spekulować, kim byli owi mędrcy, przez niektórych byli nazwani magami. Wiadomo, że Stary testament potępia magię - magia, wróżenie, czy też wróżenie ze snów, zasługuje na karę śmierci. Dlaczego? Z prostego względu, że jest to złudzenie, które człowiek pielęgnuje, że może zawładnąć Panem Bogiem. Przy pomocy odpowiednich haseł, gwiazd itd. odczytujemy przyszłość, czyli w pewnym sensie “panujemy” nad Panem Bogiem.
I tu jest pierwsze niewygodne ostrzeżenie dla nas. Warto się zapytać: - Po co ja przychodzę do tej świątyni? Być może w mojej wierze również są takie okruchy pogaństwa, mianowicie chcę sterować Panem Bogiem, żeby mi błogosławił, ale tak jak ja chcę, żeby moja droga była prosta, żebym miał satysfakcję finansową, żeby się nic nie stało, żeby zdrówko i tak dalej... Gdzieś tam tkwi w nas przeświadczenie, że to On ma nam służyć.
My mamy Go po prostu szukać, bo On się objawia tym, którzy autentycznie z całej siły Go szukają.
Druga niedziela po Narodzeniu Pańskim (J 1,1-18) - Prolog Św. Jana
Z Prologu Św. Jana wynika, że człowiek jest istotą, która powstała w dialogu. Mało tego, to nie było jednorazowe, zawieszone gdzieś w punkcie jakimś czasowym, a teraz już tego dialogu nie ma. On cały czas jest obecny w naszym wnętrzu. Można by powiedzieć, że Pan Bóg nieustannie wypowiada Słowo, którym ja jestem, staje się moje życie. O tym, ze struktura naszego bytu jest dialogowa świadczy o tym chociażby taka powierzchniowa obserwacja, że tak naprawdę małe dziecko, które się rodzi, a jest pozbawione dialogu z otoczeniem, ono po prostu nie jest w stanie absolutnie się rozwinąć.
Skoro drugi człowiek jest potrzebny do mojego pełnego rozwoju i do - powiedzmy - wykrzesania ze mnie moich możliwości, to co dopiero Ten, który mnie stworzył, On jest absolutnie niezbędny. W momencie, kiedy się budzi ludzka świadomość, na ogół uczymy dzieci na razie mechanicznie modlić się, mówimy o Panu Bogu i to jest ciekawe, że bardzo często zapominamy o sobie samym, że nie znajdujemy czasu na modlitwę, na wejście w ten dialog, który nieustannie toczy się w moim wnętrzu.
Ciekawa sprawa następuje u człowieka, który przestaje się modlić, mianowicie zaczyna on coraz bardziej intensywny dialog prowadzić ze światem – przynajmniej tak mu się wydaje – ale ten dialog jest taki, że “wiesza się” na rzeczach i ludziach tego świata po to, żeby ratować samego siebie. Są to często rozpaczliwe poszukiwania swojej tożsamości w oparciu o konfrontacje z innymi ludźmi i w oparciu o nawiązywane relacje. Bardzo często, im bardziej puste jest moje życie wewnętrzne, tym bardziej chore są te relacje z innymi ludźmi. Po prostu włącza się to, co Pismo Święte określa jako pożądliwość ciała, pożądliwość oczu i pycha.
Ten dialog z Panem Bogiem usiłuję zastąpić jakimś surogatem z innymi ludźmi i rzeczami, których to ludzi często uważam za Pana Boga, albo sam siebie uważam za Pana Boga, albo rzeczy, które dadzą mi jakiekolwiek spełnienie. Otóż na tym polega całe zadanie człowieka, żeby znaleźć czas na ten wewnętrzny dialog z tym, co jest najistotniejsze. I tutaj odzyskuję swoją prawdę, odzyskuję swoją tożsamość, poznaję swoje prawdziwe imię – jak mówi Apokalipsa – ponieważ moje imię zna tylko Pan Bóg, Ten który mnie stworzył. Ja mogę się co najwyżej domyślać i szukać po omacku, a jeśli się do Niego nie będę zwracał w modlitwie, to tak naprawdę nigdy siebie nie poznam.
Wzorem takiej relacji jest oczywiście Jezus. jak sam mówi o sobie: Moim pokarmem jest pełnić wolę Ojca, który jest w Niebie. jego życie to była nieustanna relacja z Ojcem, nieustanny dialog wewnętrzny z Ojcem – to jest wzór dla nas. Jeżeli w nas nie będzie tego dialogu, będziemy prowadzili chory dialog ze światem, ze samym sobą i rzeczami tego świata. I tam będziemy poszukiwali zbawienia, naszej tożsamości i jedności.
Oczywiście nie należy już nawet dopowiadać, że nigdy tego nie znajdziemy, będzie to przyczyną głębokiego naszego nieszczęścia. Spokój, tożsamość i moje prawdziwe imię są jedynie w Bogu, a mogę to uzyskać tylko i wyłącznie drogą modlitwy.
Nowy Rok, Uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki, Maryi.
(Łk 2,16-21) - "Maryja zachowywała wszystkie te sprawy i rozważała je w swoim sercu"
/fragmenty/
Nam się wydaje, że ludzie inteligentni to tacy, którzy mają bogate doświadczenie i gdy następuje jakieś wydarzenie, to grzebią, jak w worku, w tym swoim doświadczeniu i wyciągają odpowiedni wniosek albo zestaw sentencji. Nie, człowiek inteligentny - według Pisma Świętego – to jest ten, który umiejętnie reaguje na chwilę teraźniejszą, który nie przegapi czasu, który przyszedł, czasu sposobnego, tej ”pełni czasów” (List do Galatów). Pełnia czasów polega na tym, by pamiętać, że nieustannie jesteśmy dziećmi Pana Boga, mamy do Niego wołać ”Abba Ojcze”, mamy się zanurzyć w chwili teraźniejszej i umieć ją smakować.
To nie znaczy, że nasza przeszłość nie jest ważna – jest! Nasza przyszłość też, ale to, co będzie, wykuwa się teraz. To, co było, mogę przemienić w chwili teraźniejszej. Jak to uczynić? Na dwa sposoby: przemianie winien ulec mój stosunek do rzeczy i stosunek do ludzi. A to wszystko pod hasłem nieosądzania, ale przyjmowania. My bardzo często osądzamy to, co mamy, porównując się z innymi. Nie liczy się to, co mam – liczy się jak przyjmuję to, co mam. To jest jedna wielka tajemnica, a druga jeśli chodzi o człowieka. Bardzo często, gdy spotykamy drugiego człowieka od razu go osądzamy. Pismo Święte mówi: Nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni.
O Maryi Ewangelia mówi, że: ”zachowywała wszystkie te sprawy w swoim sercu”, zarówno dobre jak i złe. Nie osądzała, Ona wniknęła niejako pod powierzchnię wydarzeń. Ojcowie greccy mówią o ludziach, którzy żyją jak dzieci, żyją chwilą teraźniejszą, innymi słowy o świętych: - Dioratikos. To znaczy, ci, którzy przeniknęli pod podszewkę wydarzeń, ale także zgłębili drugiego człowieka. Oni przestali osądzać, przyjmują i żyją chwilą – to jest pełnia.
Myślę, że takie będą moje życzenia dla Was, moi drodzy, w tym Nowym Roku – żebyśmy nieustannie uczyli się tego nowego spojrzenia, żebyśmy nie ulegali presji tego świata, który usiłuje nam narzucić spojrzenie zupełnie inne: jakiś opętańczy wyścig ku czemuś mglistemu, czego sami nawet nie potrafimy nazwać. Tu i teraz - to jest najistotniejsze.
Święto Świętej Rodziny Jezusa, Maryi i Józefa (Łk 2, 41-52) Odnalezienie Jezusa w świątyni
Spróbujmy zastanowić się przez moment nad dzisiejszą Ewangelią. Mamy 12-letniego Jezusa. To jest czas w którym, można by powiedzieć, człowiek uzyskuje jakąś głębszą swoją świadomość. I tak samo jest z Jezusem. On w świątyni dochodzi gdzieś głęboko w swoim sercu do wniosku, że to jest dom Jego Ojca, ale robi to kosztem swoich Rodziców. Pewnie jako chłopiec niczym się nie różnił specjalnym, skoro w Ewangelii nie jest powiedziane, że Jezus wyróżniał się czymkolwiek, pewnie był normalnym zwykłym chłopcem, jak każdy inny chłopiec izraelski. To jest specyficzny moment, w którym budzi się Jego głęboka świadomość. Ale jednocześnie ta świadomość jest połączona z tym, że zadał swojej Matce i ojcu cios.
Powiedziałbym w ten sposób, że jeżeli Pan Bóg chce mnie przygotować na jakiś wielki dar, to wtedy stosuje tę metodę. Metodę, że w moim sercu rodzi się pewnego rodzaju niepewność, tęsknota, rozpacz, może właśnie taka głęboka rozterka – tak dokładnie jak w sercu św. Józefa i Matki Bożej. Szukali Go trzy dni. To jest też specyficzna liczba – Jezus trzy dni przebywał w grobie. I te słowa Maryi, ale zapewne też Józefa: - „Synu, dlaczegoś to nam uczynił?” Są pewnego rodzaju echem tego, co dopiero nastąpi, a co będzie Jezus mówił w stosunku do swojego Ojca: - „Boże mój, Boże, czemuś mnie opuścił?”
Tego typu wydarzenia uczą nas, że nikt z nas nie jest właścicielem drugiego człowieka. Nawet rodzice nie są właścicielami swoich dzieci. Uczą nas, że powinniśmy dawać ludziom wytchnienie, by realizowali swoje powołanie. Jak bardzo często narzucamy im to, czego od nich wymagamy, a co według nas będzie dla nich dobre… I w ten sposób tłamsimy ich indywidualność.
Zupełnie inaczej postępuje Józef i Maryja. Mimo, że - jak notuje Ewangelia - nie rozumieją, co się dzieje, to jednak to przyjmują z głębokim szacunkiem. Wiedzą, że w życiu ich Syna dojrzewa jakaś niepojęta Tajemnica, co do której muszą zachować milczenie. A dokąd mogą, muszą tę Tajemnicę ochraniać. Ale, broń Boże, żeby ją zmieniali i wcale tego nie próbują. Amen.
Święto św. Szczepana, pierwszego męczennika
(Dz 6,8-10;7,54-60) Męczeństwo św. Szczepana (Mt 10,17-22) - ”Miejcie się na baczności przed ludźmi.
Będą was wydawać sądom i w swych synagogach będą was biczować”
/fragm./
W dzisiejszej Ewangelii Jezus mówi: ”miejcie się na baczności przed ludźmi”. Myślę, że pierwszym człowiekiem, przed którym mam się mieć na baczności ... jestem ja sam. Dlatego, że jest w nas instynkt samozachowawczy, który dzielimy ze zwierzętami, a który powoduje, że czasem przestajemy być człowiekiem. Zdradzamy nasze człowieczeństwo chcąc za wszelką cenę zachować swoje status quo.
Mieć się na baczności przed sobą samym - to znaczy, że mam uważać, kiedy ten instynkt samozachowawczy podsuwa mi rzeczy, które nie powinienem przyjmować, tylko powinienem rzucić swoje życie na szalę. Może to się wydawać smutne albo heroiczne, ale to jest chyba jedyne wyjście, żeby nasze życie było prawdziwe, żeby nie zamieniło się w próchno.
Konfucjusz kiedyś powiedział takie niesamowite zdanie, że: ”nie da się rzeźbić w próchnie”. Rzeczywiście, bardzo często omijamy Pana Boga z daleka lub oddajemy Mu cześć tak z dystansu, ponieważ mamy głębokie przeczucie, że wewnątrz nas jest próchno i dotknięcie Jego dłuta spowodowałoby ruinę. Ale nie należy się bać tej ruiny, Chrystus zawsze, w każdej chwili, może narodzić się w naszym życiu i odmienić go całkowicie.
Narodzenie Pańskie
(J 1,1-18) - A Słowo stało się ciałem i zamieszkało wśród nas
Jeżeli nasze czyny, nasze życie, nasycamy Słowem Bożym, to nadajemy mu sens. Jeżeli natomiast tylko nasycamy tym naszym sensem, który usiłujemy sklecić z różnego rodzaju światopoglądów, to niestety, wszystko nam się rozsypuje w rękach jak piasek.
My możemy także stwarzać słowem - stwarzać albo atmosferę pełną ciepła, dobroci, wybaczenia, kiedy to wybaczamy innym ludziom, ale i sami pozwalamy, żeby inni nam wybaczyli. A równocześnie możemy tylko i wyłącznie operować tym słowem, które pochodzi z głębi naszego egoizmu i wtedy będziemy wprowadzali podziały, będziemy wprowadzali rozłamy, będziemy wprowadzali niepokój i wojny w tym świecie.
Co wybierzemy? Czy potrafimy otworzyć się na tą bezradność dziecka i przyjąć to, a po chwili zobaczyć, że to my jesteśmy przyjmowani... czy też wszystko oceniamy z punktu widzenia naszego egoizmu, naszego rozumu?
Warto by się nad tym wszystkim zastanowić, żeby te Święta nie były tylko takim momentem idyllicznego przeżycia przy stole, ale żebyśmy nieśli Boże Narodzenie w każdy dzień, w każdą chwilę naszego życia.
Niech to będą życzenia dla Was wszystkich, żeby Słowo, narodziny Sensu, były także narodzinami sensu w moim sercu, w moim życiu, w konkretnych moich, tych codziennych, ludzkich, banalnych działaniach.
IV niedziela Adwentu (Łk 1,39-45)A skądże mi to, że Matka mojego Pana przychodzi do mnie?
/fragm./
Maryja szła przez góry i pewnie układała sobie scenariusz spotkania z Elżbietą, co Ona jej powie? Czy Elżbieta zdoła objąć tę tajemnicę, która dotknęła Maryję? I oto cudowne szczęście Ją spotkało, bo wcale nie musiała niczego tłumaczyć. Elżbieta dokładnie wiedziała, natchniona Duchem Świętym. Stara Żydówka wypowiedziała słowa, które ją zupełnie przekraczały: -„A skądże mi to, że Matka Pana mojego przychodzi do mnie?” Albo to było bluźnierstwo, za które groziła kara śmierci – dla Żyda był tylko jeden Bóg, to byli monoteiści – albo rzeczywiście było to Objawienie.
Ważna sprawa dotycząca przyjaźni. To są chyba najcudowniejsze chwile, kiedy spotykam się z drugim człowiekiem, niosę w sobie tajemnicę i on o tym wie! Ja nie muszę mu nic tłumaczyć przy pomocy ułomnych słów, on dokładnie nadaje na tej samej fali, na której ja nadaję. To jest głębia przyjaźni... ale pod warunkiem, że niosę w sobie tajemnicę i każdy z nas - niezależnie od tego, czy sobie to uświadamia, czy nie - niesie taką tajemnicę w sobie. Tą najgłębszą tajemnicą jest Pan Bóg.
Miedzy Maryją, a Jezusem, który był ukryty w Jej łonie, była harmonia. I Ona i On byli prowadzeni przez Ducha Świętego. Teraz pytanie do mnie, skoro ja również niosę Boga w swoim sercu: w jakie rejony ja Go niosę? Czy czasem nie jest tak - można by powiedzieć antropomorfizując – że sam Pan Bóg w moim wnętrzu jest zaskoczony, gdzie ja Go zaniosłem, w jakie rejony życia?
To spotkanie między dwojgiem ludzi jest cudem i myślę, że każdy, kto odczuwa w sobie taką głębię tajemnicy, może się w ten sposób spotkać z drugim człowiekiem. Inaczej każde nasze spotkanie będzie skarlałe, będzie nas „dołowało” i wbijało w glebę. Ja muszę nieść ze sobą Chrystusa drugiemu człowiekowi, możemy się spotkać prawdziwie tylko w takiej przestrzeni.
I to nam mówi dzisiejsza Ewangelia. Warto zapytać siebie, czy ja:
po pierwsze, czuję, że jestem nosicielem wielkiej tajemnicy, która mnie przekracza. Po drugie, czy czuję się także zobligowany, by dzielić się tym z drugim człowiekiem? To ważne, inaczej będziemy się w naszym życiu ślizgali tylko po powierzchni.
III niedziela Adwentu (Łk 3,10-18)Nad nikim się nie znęcajcie i nikogo nie uciskajcie,
lecz poprzestawajcie na swoim żołdzie.
Niewątpliwie każdy, kto czytał Ewangelię, albo kto słucha Jej uważnie, wie ile jest w Niej radykalizmu – naprawdę bardzo mocnych stwierdzeń dotyczących reformy, przemiany naszego życia. Gdybyśmy przeczytali ten fragment Ewangelii troszeczkę wyżej, wcześniej, to okazało się, że Jan mówi w ten sposób do tłumu: -" Plemię żmijowe! Kto wam pokazał, jak uciec przed gniewem? Nazywacie się dziećmi Abrahama, a tymczasem Bóg może z tych kamieni wzbudzić swoich czcicieli. Siekiera do korzeni drzewa już jest przyłożona. Wydajcie godny owoc nawrócenia."
Mocne, bardzo mocne słowa, które zapadają w serce człowieka. I oto okazuje się, że gdy tłum rozkołysany słowami Jana przychodzi do niego i zadaje mu pytanie, co ma czynić ... nagle znika ten radykalizm! I tak jest z Ewangelią, to zresztą dominuje u proroków prawdziwych. Radykalne słowo a jednocześnie zastosowanie bardzo łagodne i delikatne, co nie znaczy wcale tolerujące błędy, do każdego konkretnego człowieka. I tak przychodzą do niego ludzie i pytają, co maja czynić. A Jan odpowiada w następujący sposób: - Nigdy nie dopuść do tego, by ten oto człowiek obok ciebie nie miał się w co przyodziać, czyli jeśli masz dwie suknie, oddaj mu jedną. Nigdy nie dopuść do tego, aby ktoś w polu twojej odpowiedzialności był głodny.
Przychodzą celnicy i oto okazuje się, że ten prorok jak ogień, który gromi wszystkich i żyje w sposób niezmiernie radykalny, nie załamuje rąk nad ich zawodem, nad ich procederem – a celnicy byli synonimem złodzieja i łapówkarza – tylko każe im być zwyczajnie po prostu uczciwym, żeby wykonywali swój zawód w sposób uczciwy, ludzki i miłosierny. Następnie przychodzą do niego żołnierze – jak wiadomo zawodem żołnierza jest śmierć i zapewne wielu z nich myślało, ze Jan nie udzieli im chrztu z tego powodu, że są żołnierzami i każe im przynajmniej odłożyć tarcze, zbroje, miecze i włócznie i dopiero wtedy pod tym warunkiem – a tymczasem Jan mówi do nich w sposób niezmiernie łagodny, żeby nie byli żołdakami i rabusiami, tylko ażeby mieli honor żołnierza. Uczciwie i z miłosierdziem wykonywali swój zawód.
Otóż okazuje się, że wymagania Ewangelii w konkrecie naszego życia wcale nie przekraczają naszych możliwości. I dokładnie tak samo jest z Jezusem, zwróćmy uwagę, jak szalenie indywidualnie Jezus podchodzi do każdego człowieka. Był taki celnik, który porzucił swój zawód, Mateusz, ale nikt go do tego nie przymuszał. Jezus powiedział tylko: - Pójdź za Mną, a on z własnej woli zrezygnował. Ale był też celnik Mateusz, który wcale nie zrezygnował ze swojego procederu, natomiast ponieważ Jezus przyszedł do niego w gościnę, w ogóle nic mu nie mówił o jego złych praktykach, tylko z tego powodu, że mógł ucztować z Chrystusem, oddał cześć swojego majątku tym, których skrzywdził.
Był też inny żołnierz, setnik rzymski, którego wiara wzbudziła podziw Chrystusa, przyszedł, żeby Jezus uzdrowił jego sługę, też nie zakazał mu wykonywania żołnierskiego zawodu. Zwróćmy uwagę na to, że Chrystus chce - zresztą święty Jan także - abyśmy uczciwie wykonywali to, co do nas należy. Nie chodzi o jakieś fajerwerki, nie chodzi o jakieś spektakularne gesty, za którymi tak naprawdę niewiele się kryje. Ten płomienny kaznodzieja, jakim był Jan, bardzo delikatnie zwraca uwagę drugiemu człowiekowi i może dopiero wtedy to naprawdę zapada w ludzkie serca.
Jak zdumiewająco liczne są powołania i jak różne. Chrystus nie chce, żebyśmy małpowali powołań innych ludzi, tylko odczytali w cichości serca swoje własne i tu, gdzie jesteśmy postawieni - w tym zwodzie, który wykonujemy, wśród tych ludzi, którzy zostali nam dani w polu naszej odpowiedzialności – byli dobrzy i uczciwi bez jakiś spektakularnych gestów. Święty Józef, przybrany ojciec Pana Jezusa, był milczeniem. Jan był głosem. Czy to znaczy, że któryś z nich był lepszy? Absolutnie nie, każdy wykonywał swoje powołanie. Bo my bardzo często zarzucamy dobro z tego powodu, że przygniata nas wielkość zła w tym świecie. A tymczasem nikt nas nie czyni rozjemcami między Palestyńczykami i Żydami. I nikt nas nie czyni odpowiedzialnymi za to, że wśród nich jest nienawiść.
Natomiast Bóg mnie czyni odpowiedzialnym, że miedzy mną, a moim bliźnim jest nienawiść i to mam przede wszystkim zlikwidować. Nikt nie każe walczyć z terroryzmem człowiekowi, który wykonuje zwykły zawód tutaj w Rzeszowie, natomiast Jezus nie każe być terrorystą w stosunku do swoich dzieci, swojej żony i swojego męża. Nikt nie każe powstrzymywać ludzi, którzy podają pierwiastek radioaktywny bliźniemu, natomiast mówi o tym, żebyśmy my nie byli radioaktywni w stosunku do tych wszystkich ludzi, którzy nas otaczają. Czy te wymagania są za duże? To są wymagania adwentowe, żadnych spektakularnych, wielkich, obliczonych na efekt działań, tylko zwyczajne, proste, ludzkie rzeczy. Może warto to wezwanie Jana wziąć sobie do serca.
Jest też dzisiaj drugi prorok, równie gwałtowny, Apostoł święty Paweł, ten, którego Jezus nawrócił, który siał zniszczenie. I słuchaliśmy przed chwilą jego słów, które pisał z więzienia - nie wiadomo, czy z więzienia rzymskiego, czy efeskiego – „Radujcie się zawsze w Panu. Jeszcze raz powtarzam, radujcie się, niech wasza łagodność będzie znana wszystkim ludziom. Pan jest blisko, o nic się już zbytnio nie troskajcie”. To są też słowa gwałtownika, którego gorliwość o Dom Boży pożerała go, a jednocześnie są słowami pełnymi łagodności i dobroci - i tacy mamy być, żebyśmy w naszym środowisku rzeczywiście byli dobrzy, łagodni, odpowiedzialni. Nikt nam nie każe rozwiązywać globalnych spraw naszej planety.
Uroczystość Niepokalanego Poczęcia NMP 8 grudnia (Łk 1,26-38) - Zwiastowanie.
Co to znaczy pełnić wolę Bożą? Myśląc nad tym tekstem, od razu mi się przypominają słowa modlitwy, którą Jezus nam przekazał, mianowicie „Ojcze nasz”. Wezwania w tej modlitwie są tak skomponowane, jakby opisywały Matkę Bożą: Przyjdź Królestwo Twoje, Bądź wola Twoja, Jako w Niebie tak i na ziemi, Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj. Ja wtedy, kiedy pełnię wolę Bożą, powoduję, że przychodzi Królestwo Boże tutaj na ziemi. Natomiast, kiedy pełnię wolę swoją, bardzo często wkrada się tam inne królestwo, zupełnie przeciwne i o zupełnie innym znaczeniu, takie królestwo, które niszczy. Ten fragment Ewangelii o Zwiastowaniu to jest absolutny wzór tego, co to znaczy „pełnić wolę Bożą”.
Pełnić wolę Bożą, to znaczy zgodzić się na to, co przychodzi, ale w tym absolutnie nie ma bierności. W tym jest tylko zaprzeczenie swoim pragnieniom. My bardzo często nie wyobrażamy sobie postępowania w sposób zgodny z Ewangelią w momencie, kiedy mamy coś zaryzykować. Dlatego, że wyobraźnia podpowiada nam różnego rodzaju rzeczy, które mogą się z nami stać w momencie, kiedy twardo staniemy na gruncie prawa Bożego. Ale tak naprawdę, my nie możemy wiedzieć, co się z nami stanie, ponieważ jeszcze tego nie uczyniliśmy. To tylko nasza wyobraźnia - myślę, że też w jakiś sposób inspirowana podszeptami szatana – pisze nam te czarne scenariusze.
Jeżeli raz, czy drugi, człowiek zdecyduje się rzeczywiście zaryzykować, zaryzykować i odrzucić swoje pragnienia, a wyjść naprzeciwko temu, co niesie rzeczywistość, to zobaczy, że nagle jakby kurtyna opadła i widzę krajobrazy, których wcześniej nie dostrzegałem. Ale muszę się zdecydować na ten krok. Kiedy nie zdecyduję, nie będę widział i nie będę doświadczał i zawsze będę się karmił swoimi własnymi lękami, a te nasza głowa produkuje w takiej ilości, że nie potrafimy sobie często z nimi poradzić. I narzekamy, że taką ciężką dolę nam Pan Bóg zgotował. Tymczasem to my żeśmy sobie zgotowali taką dolę, ponieważ pełnimy wolę swoją, a nie Jego.
I niedziela Adwentu (Łk 21,25-28.34-36) Powtórne przyjście Jezusa.
Można by określić życie chrześcijańskie jako rozpięte pomiędzy ”już”, a ”jeszcze nie”. Owo ”już” było – to jest przyjście Jezusa Chrystusa i do tego się przygotowujemy w tym liturgicznym Adwencie. Natomiast „jeszcze nie” - to ostateczne przyjście Chrystusa w chwale i z tego punktu widzenia Adwent trwa od pierwszego grzechu człowieka, aż po ostateczne przyjście - cały czas żeglujemy w Adwencie. W pewnym sensie można by powiedzieć, że nasze czasy są czasami ostatecznymi. Dlaczego? Dlatego, ze Pan Bóg wypowiedział już swoje Słowa. Nic więcej nie będzie dodane, wszystko jest w Piśmie Świętym i wszystko jest tym, co się dzieje tutaj na ołtarzu, a my oczekujemy Jego przyjścia w chwale. O tym jak mamy oczekiwać, mówią dzisiejsze czytania.
Chciałbym zacytować takie powiedzenie świętego Tomasza z Akwinu, które świetnie oddaje ten fragment Pisma Świętego. Święty Tomasz w swojej teologii nieustannie karmił się Pismem, a więc to, co powiedział jest niejako na kanwie Pisma Świętego. On powiedział tak: Quidquid agis prudenter agas et respice finem - „Cokolwiek czynisz, czyń roztropnie i patrz końca”. Dwa punkty najistotniejsze w życiu chrześcijanina: czyń roztropnie, to co czynisz teraz, a jednocześnie nie trać z punktu widzenia końca, czyli tego na jaki obraz zostałeś stworzony i tego, że kiedyś ten koniec nastąpi - ale to nie będzie katastrofizm, tylko przyjście Umiłowanego. I warto o tym pamiętać.
Druga rzecz, druga sentencja świętego Tomasza, nad którą również warto się pochylić, a która też znakomicie pokazuje sens dzisiejszych czytań. Niestety w języku polskim brzmi ona dosyć ułomnie – jak masło maślane – inaczej po łacinie: Quidquid recipitur, ad modum recipientis recipitur - „Cokolwiek przyjmujemy, przyjmujemy na sposób przyjmującego”. Co to znaczy? Rzeczywistość pojmuję w taki sposób, jakim jestem. Dzisiejsze czytania o tym mówią: jedni ludzie na wieść o katastrofach będą mdleli ze strachu, a inni będą podnosili głowy, ponieważ przychodzi ich zbawienie. Jaki jestem, taka jest moja recepcja rzeczywistości.
I może warto się na początku tego Adwentu zastanowić, jakie myśli wywołują we mnie takie tragiczne rzeczy, których wokół jest mnóstwo: kataklizmy, śmierć, przemijanie... Czy jest to oczekiwanie na przyjście Pana, czy też raczej paraliżuje mnie wewnętrzny strach i chcę jak najszybciej z myślenia o tych sprawach zrezygnować?
A jak rezygnujemy? Jezus w dzisiejszej Ewangelii o tym mówi: rezygnujemy na trzy sposoby: pijaństwo, obżarstwo i troski doczesne. Przy czym obżarstwo to nie jest tylko nadmierne jedzenie: ja mogę obżerać się także całym światem, w sensie wrażeń, chłonięcia tego świata, ale obżerać się tak, żeby nic z tego nie zrozumieć. Są ludzie jak chodzące encyklopedie, ale jeśli chodzi o mądrość życiową, to są dzieci we mgle. To są właśnie tacy pożeracze świata. Jezus także przed takim obżarstwem przestrzega. A pijaństwo, to jest otumanienie tym światem do tego stopnia, ze tracę z pola widzenia Jego przyjście. I wreszcie troski tego świata – nie możemy dać się im przytłoczyć do tego stopnia, żeby nas sparaliżowały.
To jest zadanie na Adwent – to jest takie zaczerpnięcie tego zbawczego powietrza otwartymi ustami i próba zbawiennego zdystansowania się do tego wszystkiego, co mnie otacza, patrzenie końca - tego, że kiedyś On przyjdzie w chwale, a ja tutaj jestem Jego dzieckiem. I jeszcze się nie objawiło, kim będę.
Uroczystość Jezusa Chrystusa Króla Wszechświata. (J 18,33b-37) - Królestwo moje nie jest z tego świata.
Przedziwnie nieskomponowane są te dzisiejsze czytania. Mamy dwie wizje: jedna z Księgi proroka Daniela ze Starego Testamentu, mówiąca o końcu świata, o przyjściu Króla wieków - przychodzi Syn Człowieczy do Przedwiecznego, gromadzi wszystkie ludy i wszystkie języki. A druga wizja z Apokalipsy świętego Jana Apostoła, tekst napisany około roku 90 n.e., który mówi o triumfie Jezusa Chrystusa. I te obie wizje spięte są klamrą Ewangelii. A Ewangelia przenosi nas do konkretnego faktu, który miał miejsce około 33 roku w Jerozolimie, na peryferiach ówczesnej cywilizacji. Dlaczego przedziwnie skomponowane? Dlatego, że pomiędzy tymi wszystkimi czytaniami jest niesamowita odległość pojęciowa. Z jednej strony Król Wszechświata, Ten spod którego palców wyszło wszystko, Ten, który jest moim Stwórcą, a z drugiej strony ten Król jest sądzony przez człowieka. Paradoks – stworzenie sądzi swojego Stwórcę, człowiek sądzi Boga.
Warto objąć myślą tę sytuację. Spójrzmy na Piłata – biedny człowiek, który żyje w mrowisku lękiem karmionych koterii, który musi nieustannie kalkulować: do kogo się uśmiechnąć, kogo pogłaskać, komu złożyć ukłon. Czy to nie jest analogiczna sytuacja, jak we współczesnym świecie? Kiedy to my rozdajemy uśmiechy tym, którym trzeba, kłaniamy się przed tymi, przed którymi trzeba i tak usiłujemy bezpiecznie przejść przez ten świat. To nie chodzi o to, żeby być aroganckim, żeby pokazywać innym, że jestem niezależny, ale może się zdarzyć taka sytuacja, ze będziemy kogoś sądzili, będziemy stali przed prawdą - tak jak Piłat - i zapytywali: Cóż to jest prawda? Cóż za tragiczne wydarzenie, to tak jakby leżeć i umierać z pragnienia nad brzegiem życiodajnej, obfitującej w krystaliczne wody rzeki. I bardzo często tak bywa.
Jezus poprzez ten proces i sąd, który miał miejsce w konkretnej historycznej epoce - ale jednocześnie on trwa nadal cały czas - pokazuje nam, że niekoniecznie zwycięzca jest rzeczywiście zwycięzcą. I to nie chodzi tylko o makroskalę, ale także o mikroskalę, o wszystkie nasze relacje międzyludzkie. Bardzo często wtedy, kiedy triumfujemy nad drugim człowiekiem, kiedy przyszpililiśmy go do ściany argumentami, bardzo często wtedy przegrywamy. Może warto na to zwrócić uwagę, jak ja podchodzę do innych ludzi. Jezus przez tę Ewangelię, przez swoją śmierć krzyżową i przez swoje zmartwychwstanie wyzwala mnie od sytuacji beznadziejnych, od sytuacji osaczenia przez innych ludzi, przez politykę, osaczenia przez ten świat. Dlaczego? Zobaczmy, że ta rozmowa między Piłatem a Nim, to jest rozmowa człowieka uwikłanego w układy z człowiekiem wolnym. I Chrystus chce mnie wyzwolić z takiej sytuacji - wyzwolić spod kaprysu innego człowieka, spod kaprysu statystyk, spod kaprysu praw, które ustanawiają różni ludzie. Wtedy dopiero będę wolny. Wydaje mi się, że wielkie reżimy, które ustalały prawa - prawa, które miały zdławić człowieka, zdławić jego wolność, wolne myślenie, wolne postępowanie - intuicyjnie czuły, że Ewangelia i to, co głosił nauczyciel z Nazaretu jest naprawdę niebezpieczne.
Oczywiście to jest makroskala, ale my możemy zastosować to wszystko w naszych relacjach, w relacjach z innymi ludźmi. Ktoś może powiedzieć: - „No, jaki ja mam wpływ na to co się dzieje w świecie?” Myślę, że mamy i nawet nie przypuszczamy jak wielki - poprzez przemienianie samego siebie, poprzez to, że nie będę w sposób nieprawy triumfował nad drugim człowiekiem, nie będę otaczał się kłamstwem, poprzez to, że stanę się człowiekiem wolnym. Jak mówi poeta:
Lawina bieg od tego zmienia,
Po jakich toczy się kamieniach.
A każdy z nas jest kamyczkiem w ogrodzie świata. Przemieniając samych siebie, odwracając pewne sytuacje – co jest królowaniem, a co nim nie jest – możemy naprawdę zmienić nasze życie, a jak zmieniamy nasze życie przy pomocy łaski Jezusa Chrystusa, to zmieniamy wszystko dookoła.
Warto pamiętać to odwrócenie pojęć, którego dokonał Jezus – sędzia staje się sądzony przez podsądnego. Pozorny zwycięzca okazuje się zwyciężony. I bardzo często tak bywa z nami, jeżeli tylko mamy dostateczną odwagę, żeby stawić czoła rzeczywistości, bo niestety bywa, że liczymy się z opinią ludzką. Często padają takie pytania: - „No, dobrze, a gdybym postąpił w sposób prawy, co inni o mnie powiedzą? Czy nie będą się pukali w czoło i mówili: - Naiwny, który nie zna praw tego świata?!”
Wtedy powstaje pytanie: do jakiego królestwa ja należę? Czy należę do królestwa tego świata, który przemocą wyciska na ludzkich sercach różnego rodzaju znaki, czy też należę do królestwa Jezusa Chrystusa, do takiego królestwa i takiego króla, który pomimo tego, że pozornie okazał się przegranym, jednak wygrywa? Co jest dla mnie najważniejsze: czy opinia publiczna, czy też to, że moje imię i nazwisko będzie zapisane w Księdze Żywota?
Warto sobie zadać to pytanie u końca roku liturgicznego, podsumowując na przykład swoje życie w ciągu roku. Jak ja żyłem, do jakiego królestwa ja należałem? Kto jest we mnie królem, czy Bóg, czy ja sam, czy opinia publiczna, czy presja innych?
.
XXXIII niedziela zwykła (Mk 13,24-32) W owe dni, po tym ucisku, słońce się zaćmi i księżyc nie da swego blasku.
Gwiazdy będą padać z nieba i moce na niebie zostaną wstrząśnięte.
Dwa z dzisiejszych czytań mówią o końcu świata. Można by powiedzieć, że niektóre opisy końca świata, które przed chwilą usłyszeliśmy, mogłyby wyjść spod pióra jakiegoś astrofizyka, który obserwuje przez teleskop wybuch supernowej albo zagładę galaktyki.
Warto poczynić pewne rozróżnienie, mianowicie koniec świata w wydaniu chrześcijańskim - w tym, co mówi Pan Jezus – absolutnie nie jest katastrofizmem, bo bardzo często katastrofizm powołuje się na teksty Ewangelii. Tutaj nie chodzi o zagładę, tu nie chodzi o zniszczenie, tu nie chodzi o dzień gniewu. Katastrofiści różnych wieków bardzo często patrząc na współczesny im świat, dostrzegając zło oraz zniszczenie i powołując się na Nowy Testament mówili, że wreszcie musi przyjść ten dzień gniewu, kiedy wszystko zostanie wyrównane, kiedy wreszcie nieprawość zostanie odpłacona. Ale to nie jest wizja chrześcijańska.
Techniczne określenie końca świata, które jest w Ewangelii świętego Mateusza użyte i które tak tłumaczymy jako koniec świata, mówi o wypełnieniu, o dojrzewaniu. Zwróćmy uwagę, że wszystko wokół nas dojrzewa i w końcu przynosi owoce – tak przynajmniej powinno być. Jeżeli piszę książkę czy pracę, ona w końcu dojrzeje i zaowocuje, zamknę pewien rozdział. Moje życie tak samo, chociaż nie wszystkich życie w ten sposób przebiega, niektórzy wiecznie są małymi chłopcami, a niektóre niewiasty wiecznie małymi dziewczynkami – nie chcą dojrzewać.
To, co mówi Jezus o końcu świata, to nie jest reportaż. Nie wiadomo jak to będzie, wiadomo tylko, że będzie pewnego rodzaju zamknięcie, że wszystko to kiedyś się skończy. Mało tego, Jezus mówi, że zwycięstwo dobra nad złem już się dokonało - ono miało miejsce dwa tysiące lat temu. Czyli losy świata są według Ewangelii przesądzone – rozwiązane pozytywnie, wszystko wraca do Pana Boga. Z tym, że los każdego z nas leży także w naszych rękach i to od nas zależy, czy wpiszemy się w tą Bożą perspektywę, czy też ją zignorujemy.
Jest kilka takich terminów, którymi Nowy Testament określa koniec świata:
Paruzja – Grecy, gdy wymawiali słowo „paruzja” mieli na myśli triumfalne wejście wodza po odniesionym zwycięstwie. I w takiej perspektywie należałoby patrzeć na koniec świata. Jezus już zwyciężył zło na Kalwarii, ale Jego triumfalne wejście dopiero nastąpi. My żyjemy w tej przestrzeni czasu, żyjemy w czasach ostatecznych, można by powiedzieć.
Epifania – drugi termin, to Objawienie, Bóg objawi swoją autentyczną wielkość, teraz jest dla nas Bogiem zakrytym, Bogiem, którego możemy co prawda spożywać, możemy wchłaniać w siebie Jego naukę i Jego Ciało, ale niewątpliwie jest On Bogiem ukrytym. W czasach ostatecznych okaże się nam naprawdę, a my oczami ciała będziemy widzieli kim On jest.
Apokalipsa – trzeci termin. Apokalipsa po grecku oznacza odsłonięcie - odsłonięcie wszystkiego, co dotychczas było zakryte, a więc niestety także naszych grzechów, ale również tego dobra, które uczyniliśmy. Ktoś może powiedzieć: - To straszne! Ale zwróćmy uwagę, że my takie apokalipsy przeżywamy praktycznie na co dzień. Jeżeli ktoś latami buduje gmach kłamstwa i nagle on się rozsypuje, bo wszystko wychodzi na jaw, to przyszła na niego taka mała życiowa apokalipsa. Objawiło się tak naprawdę, co w tym człowieku drzemało. Albo jeżeli wychodzi jakieś olbrzymie dobro, które gdzieś tam skrycie człowiek czynił i nagle okazało się, że to on jest autorem tego dobra, to także następuje pewnego rodzaju odsłonięcie. A więc nie ma nic nienormalnego w tym zwinięciu księgi świata, to jest wręcz odczucie każdego z nas, że wszystko domaga się finału - również ten świat. I ta perspektywa, że ja idę do Pana Boga i wszystko zostanie ujawnione, odwraca pewne perspektywy w naszym życiu. Otóż okazuje się, że wielkie rzeczy – w moim mniemaniu – którym oddawałem się przez całe życie, mogą mieć wagę piórka i nic nie znaczyć. A małe ukryte sprawy, jakieś ukryte dobro, które świadczyłem drugiemu człowiekowi, może tak naprawdę decydować o moim zbawieniu.
Co więcej, jeżeli ja wiem, że losy świata kiedyś zostaną zwinięte i będę przedstawiony Panu Bogu, to śmiało mogę być tutaj, na ziemi, orędownikiem spraw przegranych. Nie będę niewolnikiem statystyk, nie będę przeżywał tego, że w badaniach OBOP-u jestem w mniejszości, bo to nie ma najmniejszego znaczenia. Kiedyś cynicznie prezes telewizji powiedział do swojego interlokutora: „No, pan ma rację, ale ja mam większość!”. Właśnie, po jakiej stronie ja się sytuuję? Po stronie ludzi, którzy mają prawdę, którzy dążą do prawdy - prawdy swojego życia i ujawniania prawdy w świecie - czy też po stronie tych, którzy mają większość? Znakomite, choć cyniczne powiedzenie i myślę, że ono zostanie wyświetlone w czasach ostatecznych. Na czym mi tak naprawdę zależało? Oczywiście można by powiedzieć, że każdy ma swój własny prywatny koniec świata: będzie nim nasza śmierć. To jest też śmierć świata związanego z nami, a dla innych śmierć drugiego człowieka też jest śmiercią fragmentu ich życia.
Warto do tych tekstów podchodzić nie z punktu widzenia katastrofy, ale z punktu widzenia dojrzewania, wypełnienia, że wszystko w tym świecie dąży ku wypełnieniu. I jednocześnie jeżeli ja mam tę perspektywę, jeżeli tak naprawdę wiem, że jestem w ręku Boga, to będę śmiało - pomimo tego, że może to być mało popularne - optował za prawdą i wybierał rzeczy, które mogą być z góry skazane na przegraną z punktu widzenia tego świata. Ale jak mówi Pismo Święte: „przemija postać tego świata”.
„Z upodobaniem chodzą oni w powłóczystych szatach, lubią pozdrowienia na rynku, pierwsze krzesła w synagogach i zaszczytne miejsca na ucztach”. Czyż to nie jest opis jak najbardziej aktualny? Gdy się rozejrzymy po świecie, to bardzo często właśnie on wygląda: uroczyści celebranci, którzy tak naprawdę poruszają się w koteriach karmionych lękiem, uwielbiają celebracje, zaszczytne miejsca, uwielbiaj bycie uroczystym, zasiadanie na uroczystych meblach i pewnie niejeden goląc szczękę w gatkach przed lustrem w łazience rozmyśla o tym, że za chwilę spłynie na niego niesamowity splendor... Jego Preponderancja, Jego Eminencja, Jego Magnificencja i tak dalej i tak dalej i tak dalej. Świat się w ogóle nie zmienił!
Zdumiewająco łatwo jest nakłuwać te balony igłą gdyby Jezus nie powiedział: - Strzeżcie się takich ludzi! Pamiętajmy o tym, że tego typu ludzie mają czasem coś do powiedzenia, czasem piastują władzę i wokół siebie robią taką niesamowitą atmosferę pełna zagęszczenia, takiej duchoty i otaczają się lizusami. Znamy te sytuacje, z tym, że najczęściej niestety odnosimy je do innych. Genialnie zauważamy to, co się dzieje wokół, natomiast Chrystus mówiąc o tym, że strzeżcie się takich ludzi, również ostrzega mnie przede mną samym, bo być może w moim sercu również się kryje człowiek tego typu, taki niedoceniony. I nie można tego tylko skwitować powiedzeniem z wiersza Ezry Pounda o uroczystych a tępych: A zagrajcie im palcem na nosie – ponieważ to również dotyczy mnie. Jak to powiedział Zbigniew Herbert: - Oglądaj w lustrze swą błazeńską twarz, powtarzaj: zostałeś posłany, czyż nie było lepszych?
To jest proces, który powinien nieustannie towarzyszyć naszemu życiu, powinniśmy tropić w sobie tego typu zachowania i bezlitośnie je niszczyć, bo naprawdę one są w stanie zawrócić nam w głowie i porwać nas.
Zupełnie po drugiej stronie tej Ewangelii stoi ta uboga wdowa i niesamowicie mocne wymaganie Chrystusa, który mówi, żebyśmy umieli zwalczać w sobie nawet nasze instynkty samozachowawcze. Ta uboga wdowa wrzuciła wszystko co miała na swoje utrzymanie. I takie są prawa logiki Bożej: albo ja daję wszystko, albo nie bawmy się w żadną wiarę. Oczywiście to potwornie trudne wymaganie, ale nikt o zdrowych zmysłach nie myśli, że człowiek sam z siebie może to uczynić. Nie mniej jednak czasem są takie sytuacje, kiedy ja muszę rzucić na szalę dokładnie wszystko widząc przed sobą wyłącznie ciemność. I wtedy tak naprawdę mogę dostrzec Bożą interwencję. Dopóki w moim postępowaniu są zabezpieczenia, dopóki mam jeszcze takie neutralne wysepki, na które Pan Bóg nie ma wstępu i mogę zawsze tam czmychnąć, gdy sytuacja się wali na głowę – to nie wiem nic o Panu Bogu i o wierze.
Dlaczego Jezus tak był zafascynowany tą kobietą? Dlatego, że w pewnym sensie w tym wspaniałomyślnym geście ona streściła całe Jego życie. Chrystus swoje życie całkowicie wrzucił do skarbony świata – był całkowicie oddany Ojcu. Oczywiście nikogo nie można namawiać ani od nikogo wymagać tego typu zachowań, nie mniej jednak Chrystus mówi, że to są zachowania człowieka, który należy do królestwa Bożego. Jak śpiewaliśmy w tym wersecie przed Ewangelią: - Błogosławieni ubodzy w duchu, albowiem do nich NALEŻY królestwo niebieskie. Jeżeli ja nie dbając o to, że wystrzelam się ze wszystkiego, rzeczywiście rzucam swoje życie na szalę, to naprawdę doświadczam obecności królestwa Bożego.
Tylko niestety nie można o tym opowiedzieć, bo ktoś kto tego nie doświadczył, bardzo często uznaje takie przykłady jako pobożne kaznodziejskie dyrdymały. Otóż to jest esencja życia, Chrystus sam tego doświadcza i namawia nas do tego, żebyśmy wstępowali w Jego ślady, żebyśmy nie dbali o różnego rodzaju zabezpieczenia i wtedy okazuje się, że naprawdę nasze życie nabiera rumieńców. I przestaje być ważne, czy ja żyję lat trzydzieści, czterdzieści, pięćdziesiąt, czy sto. Ja mogę przeżyć naprawdę szmat życia, być wypielęgnowanym staruszkiem, ale dbałem tylko i wyłącznie o siebie. Dokładnie jak ci wszyscy uczeni w piśmie i faryzeusze.
Dzisiaj mamy do czynienia z uzdrowieniem Bartymeusza, syna Tymeusza, ślepca, który siedział przy drodze. Nie chodzi tylko o ślepotę fizyczną, ale przede wszystkim o duchową. Każdy z nas jest ślepy na jakieś sfery rzeczywistości i warto wołać do Chrystusa z taką mocą jak Bartymeusz.
Co się dzieje, kiedy ślepniemy? Na ogół ślepniemy z tego powodu, że poruszamy się po powierzchni wydarzeń. Tak przyzwyczailiśmy się do tego kołowrotu zajęć, że zaniedbujemy nasze życie duchowe, nasze życie wewnętrzne. Prędzej czy później dochodzi do takiej sytuacji, że ja siadam przy drodze, opanowuje mnie taki egzystencjalny ból, że wszystko wokół przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie. Niby chodzę do pracy, niby rozmawiam z ludźmi, ale tak naprawdę jakby powietrze z tego wszystkiego uszło. To jest znak, że głęboko zaniedbałem swoje życie duchowe. Niebezpieczeństwo tej sytuacji jest takie, że my zamiast udać się do Pana Boga i zamiast to udawanie się do Pana Boga uczynić naszym zwyczajem, to bardzo często usiłujemy pocieszyć się szukając gwałtownie takiej rzeczy, która jest nas w stanie tak zaabsorbować, że zniweluje to głębokie uczucie egzystencjalnej pustki. I znowu nabieramy się dokładnie na to samo, ponieważ gdy miną te radości, które dała nam ta rzecz, czy ten człowiek - nowy, świeży, niepowtarzalny - znowu będziemy siedzieli przy drodze i znowu naszym doświadczeniem będzie ta nieznośna lekkość bytu, kiedy to wszystko przestaje mieć znaczenie. W ciągu życia potrafimy powtarzać tego typu schematy kilkadziesiąt razy, a może do końca życia nie wpadniemy na to, że jest to po prostu głębokie zaniedbanie naszego ducha. (..) I siedzimy często zaślepieni na nasze życie wewnętrzne jak ten żebrak. Obyśmy wpadli na taki pomysł, żeby krzyczeć do Jezusa: „Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną!”
Ten człowiek z dzisiejszej Ewangelii doszedł chyba do ściany. W ogóle nie przejmuje się tym, że narazi się na kpiny innych ludzi, w ogóle nie przejmuje się tym, że ci którzy towarzyszą przechodzącemu Jezusowi, uciszają go. I tu jest taka ciekawa sprawa – w nas może być coś takiego, że nie krzyczymy, dlatego że wstydzimy się innych, ponieważ nie wypada, żeby mężczyzna się załamał, (kobiety to bardziej eksponują) nie wypada żeby pokazywać jakąś skazę na swoim obliczu, a wewnątrz często wyjemy z bólu. Jeżeli naprawdę chcemy ratunku, to musimy w takich sytuacjach wołać tak jak Bartymeusz: „Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną!”
Mało tego, w nas jest też taka cząstka - może ten chór uciszający biednego ślepca, to jest cząstka nas samych, że „nie wypada”, „po co się narzucać Panu Bogu”, „jakoś to się załatwi”, „może inni mi pomogą”... Otóż nie, są sprawy, które ja mogę załatwić tylko i wyłącznie z Panem Bogiem i nic i nikt nie zdoła zastąpić Jego interwencji, Jego obecności. Chociaż nie wiem jakbym się oszukiwał i nie wiem jakbym się starał, to znikąd nie otrzymam pomocy. Ten ślepiec na drodze do Jerycha dokładnie o tym wiedział. Warto nie przejmować się tym, co mi inni radzą, żeby tak spokojnie znosić pewne rzeczy czy kamuflować to, co się w moim sercu dzieje, tylko naprawdę zdobyć się na ten głęboki krzyk.
Jezus przychodzi do niego i pyta: - Co chcesz, abym ci uczynił? A on odpowiada: - Rabbuni, żebym przejrzał! I rzeczywiście przejrzał, ale zwróćmy uwagę, że w innych Ewangeliach ci wszyscy, którzy doświadczali łaski Pana Jezusa szli swoją drogą, natomiast ten poszedł za Nim. Jemu potrzebne była oprócz światła, które wpada przez oko, również światło wnętrza. On żył w głębokiej ciemności, w głębokim kryzysie.
Ilu z nas, niestety, nie ucieka się do Chrystusa, wstydzi się do Niego mówić? Ilu z nas usiłuje tę swoją udrękę egzystencjalną zasypać jakimiś rzeczami, nowymi zainteresowaniami, nowymi ludźmi i tak dalej? Ktoś może powiedzieć: - No dobrze, a jeśli moja wiara jest słaba, jeśli jedną nogą wierzę, a drugą nie wierzę? To może hipotetycznie chociaż załóżmy, że On mnie może uzdrowić i róbmy tak, żeby wołać do Niego nieustannie. Załóżmy taką hipotezę, co nam szkodzi? W ten sposób astronomowie odkrywali ciała niebieskie. Coś im się nie zgadzało, tak jak u nas w życiu, i z wyliczeń wynikało, że coś tam jeszcze musi być. I rzeczywiście wtedy to odnajdywali. Może tak jest z nami, może te nasze bóle egzystencjalne wskazują, że czegoś jeszcze zaniedbaliśmy. Obyśmy umieli wołać tak, jak Bartymeusz.
XXIX niedziela zwykła (Mk 10, 35-45) - Apostołowie Jakub i Jan proszą Jezusa o wysokie stanowiska w Królestwie Bożym.
Zapewne od czasu do czasu każdy z nas spotyka takich ludzi – a może, nie daj Boże, sami takimi jesteśmy – którzy, gdy nawiązuję z nimi relacje, to okazuje się, że nie mają umiaru, zaczynają wchodzić w sfery, w które wchodzić nie powinni, dosłownie z buciorami włażą w nasze życie. Nie ma w nich takiego zbawiennego dystansu i uszanowania tej przestrzeni, którą każdy człowiek musi mieć wokół siebie. Bezceremonialnie łamią wszelkiego rodzaju bariery i są niestety bardzo przykrzy.
Dzisiejsza Ewangelia opowiada o takich ludziach i – co dziwne – tymi ludźmi są Apostołowie: Jakub i Jan. Jan, który był umiłowanym uczniem Jezusa! To jest dla nas pewnego rodzaju wskazówka. Pomimo, że Jan niewątpliwie kochał Chrystusa, to jednak ta miłość od czasu do czasu przyjmowała jakieś karykaturalne, wynaturzone formy – takie, że usiłował narzucić Chrystusowi swoje pragnienia. Jest to sytuacja tym bardziej tragiczna, że Jezus mówi do Apostołów o najistotniejszych dniach w Jego życiu: o tym, że umrze i zmartwychwstanie... a ci rozprawiają o tym, jakie to stanowiska będą zajmowali w Jego Królestwie. Jakże bolesna pomyłka, ale to jest też ostrzeżenie dla nas. To, że jesteśmy blisko Pana Boga, że uczestniczymy we Mszy Świętej, że się spowiadamy, modlimy, mamy poczucie Jego obecności – to wcale nie upoważnia nas do tego, żebyśmy się z Nim spoufalali.
Następna rzecz: warto baczyć na to, o co prosimy. Są takie prośby, których po prostu nie przystoi nawet wypowiadać. Takie, które łamią ten cudowny dystans, który powinien być również w miłości, w przyjaźni i we wszystkich relacjach z innymi ludźmi – to uszanowanie przestrzeni wokół osoby. Oczywiście, można w drugim kierunku przesadzać i tak chodzić na paluszkach wokół drugiego człowieka, że aż staje się to nieprzyjemne. Warto wyważać pewne rzeczy.
I jeszcze jedna bardzo ważna sprawa: Jezus na tyle, na ile może ustępuje, nie oburza się na tych ludzi... ale jednocześnie w pewnym momencie mówi: - Nie! Nie do Mnie należy dać miejsce po Mojej prawej i lewej stronie. I jest to też wzór do naśladowania dla nas. Jeżeli czujemy, że ktoś w ewidentny sposób łamie ten dystans, musimy mu po prostu z całym spokojem powiedzieć: - Nie, tak nie można.
Amen.
"Nauczycielu dobry, co mam czynić, aby osiągnąć życie wieczne?" Ten wstęp jest ciekawy, młodzieniec mówi Jezusowi "Nauczycielu dobry". To jest takie - dawniej się na to mówiło "zagajenie" rozmowy. W pewnym sensie usiłował może Jezusa nastawić pozytywnie do siebie, po prostu przyszedł z Jezusem podyskutować. I Jezus od razu go zbija z pantałyku i mówi: - "Nie nazywaj Mnie dobrym, tylko Bóg jest dobry". Dlaczego akurat tak? Dlatego prawdopodobnie, że Chrystus widzi, że ten człowiek przyszedł sobie podyskutować. My w ten sposób dyskutujemy, mamy dylematy moralne i rozstrzygamy je przez mnóstwo czasu, ciągle się bijemy z myślami i przychodzimy do Pana Boga podyskutować sobie. A z Bogiem nie ma dyskusji. Albo ja wsłuchuję się w to, co On chce mi powiedzieć, albo nie żartujmy i nie uważajmy, że jesteśmy ludźmi wierzącymi, ponieważ ciągle potrzebujemy nawrócenia.
To jest bardzo trudne, to co mówię, bo proszę pamiętać, że dylemat moralny zrodził się w Raju i to w momencie, kiedy wąż poddał w wątpliwość słowa Pana Boga - to jest początek dylematów moralnych. To nie znaczy, że one są złe. Stają się złe w momencie, kiedy ja je skierowuję przeciwko przykazaniom i przeciwko Panu Bogu. Kiedy przychodzę do Pana Boga i chcę sobie z Nim podyskutować. My możemy sobie dyskutować na różnego rodzaju tematy i ja wcale nie bagatelizuję spraw dotyczących pewnych dylematów moralnych, natomiast broń Boże, żebym ja je użył przeciwko Panu Bogu, żebym kwestionował przykazania Boże, bo to mnie doprowadzi donikąd.
Ciąg dalszy tej dyskusji - młodzieniec się czuje troszeczkę taki skonfundowany tym, że Pan Jezus go tak od razu uciął. Chrystus mówi: - Znasz przykazania? Nie zabijaj, nie cudzołóż, nie kradnij, nie mów fałszywego świadectwa i tak dalej... I wtedy młody człowiek mówi, że od samego początku tego przestrzegał. Jezus patrzy na niego i proszę zwrócić uwagę, że ciężar dyskusji z takich dylematów moralnych przenosi się na tę osobę. Tak jest z nami, my wolimy uciekać w pewnego rodzaju rozważania dotyczące jak mamy postępować, mamy tysiące problemów, natomiast tak naprawdę nie chcemy słuchać tego, co mówi Chrystus, to znaczy przede wszystkim iść za Nim, bo co innego rozmowa na temat przykazań, an temat dylematów, a co innego twarde "Pójdź za mną!".
Chrystus patrzy na niego i mówi: - "Jednego Ci brakuje. Idź sprzedaj wszystko, co masz i chodź za Mną". I młodzieniec odchodzi zasmucony. To nie dlatego, że on był skąpcem, nie, tylko dlatego, że przyszedł z całym bagażem swoich koncepcji do Jezusa i Chrystus miał mu pobłogosławić, ewentualnie delikatnie naprawić błędy. Jeżeli w ten sposób podchodzę, to chcę, żeby Pan Bóg pobłogosławił coś, co ja sam sobie wymyśliłem. A tymczasem On mnie chce stwarzać na nowo, wymyślać na nowo, a ja ciągle się bronię i chowam za koncepcjami, schematami, dylematami. Mnożę tego mnóstwo, zamiast pójść i spytać, o co Ci tak naprawdę, Panie Boże, chodzi? Czego ja mam się pozbyć? A tak naprawdę, mam się pozbyć wszystkiego, bo wszystko się może stać bogactwem - moje idee, moje niezmącone przekonania, które prezentuję wszystkim i strasznie się denerwuję, gdy ktoś je podważa. To wszystko jest to bogactwo, które ja mam zostawić. Skończyły się dylematy moralne, skończyły się dyskusje - jeżeli chcę iść za Nim, muszę zostawić wszystko, co mam. To nie chodzi o sprawy materialne.
Chrystus mówi: chodź za Mną, zostaw te wszystkie dywagacje, przekonania itd. Chodź i czyń! Przejdź wreszcie od dylematów, od filozofii, od zastanawiania się po tysiąckroć nad tym samym problemem... do konkretnych czynów. Jest takie słowo, które szczególnie w Wielkim Poście jest ważne, mianowicie μετάνοια metanoia, które tłumaczymy jako przemianę, ale można to tłumaczyć jeszcze inaczej. Metanoia to jest poza umysłem - to znaczy koniec rozmyślań, należy przejść do czynów.
Jezus mówi tak: musisz coś takiego zrobić, żeby wejść w zupełnie nową sytuację egzystencjalną. Dlatego każe temu młodemu człowiekowi spalić mosty za sobą. Jeżeli rzeczywiście chcę postępować za Chrystusem, to muszę doprowadzić do takiej sytuacji, że nie będzie powrotu. To ma być na serio. Jeżeli to będzie takie zabezpieczanie się, że zawsze się mogę wycofać, to nie jest godne Pana Boga. A my tak robimy, ciągle zostawiamy z tyłu jakąś furteczkę, gdyby nam ewentualnie nie wyszło. Proszę zwrócić uwagę, że Jezus przyszedł tutaj na ziemię i był doskonale posłuszny swojemu Ojcu, niezależnie od tego, co Pan Bóg od Niego żądał. I w gruncie rzeczy, to jest taka najprostsza recepta na pozbycie się wszelkich moich cierpień, które powstają przez ciągłe rozważanie tych samych rzeczy i ciągłe wałkowanie różnego rodzaju problemów, które w konfrontacji z tym, co chce ode mnie Jezus są zwyczajnie pseudo-problemami. Proszę zwrócić uwagę, ile każdy z nas ma takich pseudo-problemów, które podgryzają go, tylko dlatego, że nie pasujemy do środowiska, w którym żyjemy, albo nasze postępowanie jest inne, albo ktoś nam nagle wrzucił do głowy jakąś myśl, która kompletnie wywraca do góry nogami to, co myśleliśmy. Jezus mówi: - Zostaw to wszystko! Sprzedaj wszystkie swoje przekonania, a wtedy dopiero tak naprawdę zobaczysz rzeczywistość taką, jaką jest, bo teraz ją widzisz poprzez to, co Ci przekazali rodzice, co Ci przekazali znajomi, co wyczytałeś w książkach i tak dalej. Ale postępuj, a nie rozważaj, czyli zrób pierwszy krok, żeby wejść w zupełnie nową sytuację egzystencjalną i żeby ona była tak mocna, że można powiedzieć: - palę za sobą mosty.
To jest strasznie trudne wymaganie, a my ciągle dyskutujemy z Ewangelią. Nie da się dyskutować z Panem Bogiem. Dopóki ja nie padnę przed Nim na kolana i powiem, że autentycznie masz rację, ja owszem mam dylematy, mam problemy z wcieleniem w życie Twoich przykazań, ale bardzo chcę iść za Tobą i w związku z tym zrób coś z moim życiem takiego, żebym rzeczywiście zdecydował się. Dopóki tego nie postanowię, to będę udawał. I może dlatego nasze życie jest takie miałkie, że my udajemy, że idziemy za Panem Bogiem. Zawsze sobie zostawimy jakąś tam furtkę, gdyby nam nie wyszło.