O. ANDRZEJ HOŁOWATY OP - HOMILIE


Logo

Świętość to nie mój wysiłek, ale działanie Boga Uroczystość Wszystkich Świętych · Kazanie na Górze

Mapa myśli:

W skrócie: Dzisiejsza uroczystość to wejście w tajemnicę „świętych obcowania”. Łączy nas z nimi ta sama Eucharystia. Często przeraża nas ich wielkość, jednak zapominamy, że to nie oni sami wykreowali swoją świętość – oni ustąpili w sobie miejsca Bogu. Przepis na świętość to zaufanie, w którym wpatrujemy się w Chrystusa, a nie w nasze trudności, pamiętając, że własnymi siłami nie jesteśmy w stanie niczego osiągnąć.

Po co gromadzimy świętych razem?

Można by zadać takie pytanie:

Przecież w ciągu roku obchodzimy wspomnienie bardzo wielu świętych. Czy w związku z tym jest sens gromadzić ich razem?

Otóż dzisiejsza uroczystość Wszystkich Świętych to nie jest jakiś meeting, czy zebranie ku czci. To nie jest zebranie poszczególnych świętych, tylko wgłębienie się w tajemnicę, która jest ujęta w wyznaniu wiary w ten sposób:

„Wierzę w świętych obcowanie”.

W obcowanie, czyli ich wspólnotę. Wspólnotę między nimi, ale także między nimi i nami. Należymy do tego samego Kościoła. Oni należą do Kościoła ludzi, którzy już oglądają twarzą w twarz Pana Boga, my pod zasłoną.

Zwornik, który łączy nas z gigantami

A co nas łączy, można by powiedzieć? Co łączy moje biedne, mizerne życie z życiem takich gigantów?

Łączy miłość. Wiara, nadzieja i miłość. Oni już nie wierzą, bo wiedzą. Nie mają nadziei, bo ona została spełniona. Oni tylko pozostają w promieniowaniu miłości.

Mało tego, proszę zwrócić uwagę na fakt bardzo prosty, mianowicie taki, że święci, wszyscy święci - święty Dominik, święty Franciszek albo bliżsi nam: święta Faustyna, ojciec Pio, święta Matka Teresa z Kalkuty - oni wszyscy w ciągu życia karmili się tym samym Ciałem Jezusa Chrystusa, którym my się karmimy.

To jest zwornik, który nas łączy. Przez to stanowimy jedną wielką rodzinę. Rodzinę o wiele silniej złączoną niż więzy krwi, czy więzy przyjaźni. Nasza świadomość tego, to jest zupełnie odrębna sprawa. Ale tak jest w rzeczywistości. O tym nam mówi Chrystus - to, że w moich żyłach płynie Jego Chrystusowa krew, tak samo w żyłach św. Dominika, czy św. Franciszka, czy Matki Teresy z Kalkuty. Może warto tę prawdę kontemplować.

Osiem prawd Bożej „chemii”

Wszyscy, tak jak w Apokalipsie jest napisane dzisiaj, jesteśmy już opieczętowani na czołach. Może dlatego nie widzimy, że to czoło. Są takie przebłyski, mam nadzieję, w każdym życiu człowieka, który stara się iść za Jezusem Chrystusem, że oto spotykam kogoś, który mi mówi: - „Wiesz, przez Ciebie tak naprawdę bliżej poznałem Chrystusa”. I to nie jest moja zasługa, to jest zasługa działania Jezusa we mnie. Warto sobie to uświadomić, może warto kolekcjonować tego typu fakty.

Ktoś może być przerażony tym, że ci ludzie byli takimi takimi gigantami ducha. Ale niepotrzebne jest to przerażenie, bo to nie byli ludzie, którzy sami siebie wykreowali.

Święci to ludzie, którzy ustąpili w sobie miejsca działaniu Bożemu.

Jeżeli spojrzymy na dzisiejszą Ewangelię, na te osiem błogosławieństw, czyli osiem prawd „chemii” Bożej, która przerabia człowieka na człowieka świętego, to można by skwitować, że:

- „Dajmy sobie z tym wszystkim spokój! Przecież to jest niemożliwe, żebym ja identyfikował się z kimkolwiek z tych tutaj wymienionych, z tych cech. Dlatego, że o własnych siłach nie jestem w stanie tego zrobić…”

I rzeczywiście mam rację, bo to ma zdziałać we mnie Pan Bóg. A ja mam tylko się otworzyć.

Ci wszyscy, którzy są świętymi, właśnie w ten sposób zrobili.

Patrzeć na Niego, nie na drogę

Jak to zrobić?

Teoretycznie dosyć prosto, mianowicie naśladować Jezusa Chrystusa. A co to jest naśladowanie?

Otóż przytoczę zdanie pastora protestanckiego Dietricha Bonhoffera, który w genialny sposób ujmuje to, o co Jezusowi chodzi. To był człowiek, który został stracony za udział w spisku przeciw Hitlerowi. Dietrich Bonhoffer. Warto przeczytać jego książkę „Naśladowanie”. On mówi:

Idę za Nim.
Nie widzę już drogi,
która jest dla mnie za trudna. — Dietrich Bonhoeffer

Żeby to zilustrować konkretnym obrazem z Ewangelii, z nami ma być tak, jak ze świętym Piotrem, który chodził po wodzie:

I tak jest z nami. To jest pierwsza zasadnicza sprawa. Czy ja naśladuję w ten sposób Chrystusa? Idę za Nim, a nie patrzę na drogę, bo zawsze mnie ona przerazi, jeżeli skupię się tylko na niej. A tak naprawdę nie na niej, tylko na mnie - na moim małym ja, na tym starym człowieku, który ma nieustannie obumierać i to jest ból naszego życia, a jednocześnie ma nieustannie się rodzić nowy człowiek i to jest radość, a akuszerem tego jest Jezus Chrystus.

Odpowiedź, której nikt za mnie nie udzieli

Druga sprawa: Chrystus powołuje nas każdego indywidualnie. Nie można tutaj być powołanym we wspólnocie. On mówi do serca każdego z nas i nie pomoże mi żaden człowiek, żaden przyjaciel, żona, mąż - chociażby życzył mi wszystkiego najlepszego. Ja muszę sam odpowiedzieć na to wezwaniem. Nikt mi w tym nie pomoże. Nikt za mnie nie wypowie tych słów, owszem może mi być pomocny, ale decyzja należy tylko i wyłącznie do mnie, ażebym ustąpił miejsca w sobie Chrystusowi.

Wreszcie trzecia bardzo ważna sprawa - po naśladowaniu i tej odpowiedzi-zgodzie, żeby Chrystus zrobił w moim życiu porządek - to sprawa następująca:

Ja nie mogę o własnych siłach zostać świętym.

Absolutnie.
To w ogóle przekracza wszelkie moje siły i wszelkie także wyobrażenia. Tutaj gaśnie moja wyobraźnia. Ja muszę patrzeć na Niego, wstępować w Jego ślady. Ludzie tak postępujący, naprawdę są święci, ale nie swoją świętością, nie swoim wysiłkiem, tylko tym, co zdołał w nich uczynić Pan Bóg. I to jest droga dla każdego z nas. Ona nie jest niemożliwa. Dlatego Jezus mówi, że błogosławieni są ci, którzy w ten sposób postępują, bo doświadczają trudności życia, ale i niewątpliwie doświadczają radości. Taką kwintesencją i podsumowaniem tej Ewangelii jest następujące zdanie:

„Błogosławieni jesteście, gdy ludzie wam urągają i prześladują was. I gdy mówią kłamliwie wszystko złe na was, z Mego powodu.” — Mt 5, 11

Z jakiego powodu niosę swój ciężar?

Pytania do mnie skierowane:

Czy raczej z tego powodu, że sam na swoje barki poprzez głupie często decyzje, albo chorą wyobraźnię, kładę na siebie ciężary nie do zniesienia? I myślę, że to jest właśnie proces naśladowania. Zostawmy te wszystkie nasze rzeczy i wpatrujmy się w Niego, a nie w drogę. Chodźmy po Jego śladach.

Wtedy człowiek naprawdę doświadczy tego głębokiego wyzwolenia i zobaczy, odczuje namacalnie, że – tak jak mówi dzisiaj św. Jan – jest już dzieckiem Bożym. Jeszcze się nie objawiło kim będzie, ale teraz jest dzieckiem Bożym.

To ode mnie zależy, czy ja zdecyduję się na tę drogę, czy też nie.




Filary świętości_1
Filary świętości_2